Fragment
I nie będą znali strachu,
Bo są strachem wcielonym
Gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwę „Kosmiczny Marine”, prychnąłem z uciechy. „Kosmiczny” i „Marine”. Dziecinne zestawienie, naiwne brzmienie. Trzeba być kompletnym bezguściem, żeby taki epitet wymyślić i wielkim głupcem, by się tak określać.
Wychyliłem się zza wielkiego głazu, który kiedyś był częścią trzymetrowego gargulca strzegącego którejś z wież świątyni, która musiała mieć z kilometr wysokości, sądząc po górze rumowiska, w którą się zamieniła. Patrzyłem na okolicę ze wzgórza utworzonego z gruzu. Kto zniszczył to święte miejsce? Orkowie? Nekroni? Tyranidzi? Najprawdopodobniej zielonoskórzy. Tyranidzi nie niszczą tak dokumentnie budynków, a Nekronów nie było tu od kilku tysięcy lat.
Gdyby byli, wyczułbym to.
Dookoła panowała nienaturalna cisza. Są tam. Są tam, kurwie pomioty.
Gdy okazało się, że mnie zabierają do Zakonu, myślałem, że to żart. Nie dość, że do tych śmiesznych „Space Marinów”, to jeszcze zupełnych pomyleńcow, potworów o długich kłach i kocich oczach, czyli „Tygrysiej Straży”.
Dopiero, gdy byłem w środku, w Zakonie, gdy zrozumiałem, z jakim wrogiem walczy Imperium Człowieka, przestałem mówić o Marines „idioci”. To ja byłem kretynem prowadząc z ojcem sklep z antykami na osiemset sześćdziesiątym drugim poziomie Mahabharaty, miasta kopca Dystryktu Waju, na Ganeszy, planecie oddalonej na wschód od Segmentum Ultima. Myślałem, że świat się kończy na moim mieście, moim handlu, moich miłostkach, ambicjach i kłopotach. Ghule Gwiazdy. „Zadupie galaktyki”, powiadali, ale ja tego nie rozumiałem. Piękna planeta, piękny kopiec, świetny interes, fajne kobiety odwiedzające kram, dookoła kilkadziesiąt innych kopców: Hanuman, Sakka, Sawitar… Wszystko się układało. Byłem durniem sądząc, że doskonale rozumiem naturalne i jedyne możliwe proporcje życia. Tymczasem stabilizacja mojej rodziny, codzienne plotki, małe i większe problemy, były jak najbardziej nienormalne, bo cała, cała cholerna galaktyka płonie, nieprawdopodobne zaś jest to, że zdaje sobie z tego sprawę mniej więcej jeden procent społeczeństwa albo i mniej, przeważnie mgliście i bardziej na bazie plotek niż faktów. Liczące dziesiątki milionów żołnierzy armie Gwardii Imperialnej nie dają rady. Dlatego potrzebni jesteśmy my i rzuca się nas tam, gdzie żaden normalny żołnierz nie miałby szans. Na każdy zamieszkały przez ludzi świat przypada jeden Marine. Zakonów jest ponad tysiąc, dokładnie nikt nie wie ile, a każdy zrzesza tysiąc wojowników.
Taka jest, mniej więcej, skala problemu.
Znowu się wychyliłem. Z prawej strony ociekały mchami wyższe mury ruin, mierzące mniej więcej trzydzieści metrów wysokości ponad gruzowisko, pośród którego się znajdowałem. Z lewej były bardziej wypalone, niższe, piętnastometrowe. Wisiało nad nimi wielkie, zmierzchające słońce. Deva. Za plecami miałem najwyższe ściany, grube na dziesięć metrów, ze śladami różowych i błękitnych witraży, które rzucały barwne refleksy na poza tym martwy, różowo ceglany krajobraz. Jedyne wygodne wyjście ze świątyni znajdowało się naprzeciwko mnie, między dwoma potężnymi filarami. I tam czekali Marines Chaosu. Pożeracze Światów. Żyjemy w surrealistycznej rzeczywistości. Powiedz nieświadomemu mieszkańcowi kopca: „Marine Chaosu”, a zaśmieje się, słusznie uznawszy, że to epitet rodem z tanich gazetek dla nastolatków. Powiedz „Pożeracz Światów”, a uzna, że za dużo wypiłeś. Obudź go w nocy, gdy coś się rozpieprzy u podstawy miasta i zaczną za mocno grzać, albo wyjdą stamtąd gangi i zrobią rozpierduchę na niższych poziomach kopca, zrób to, gdy jest burza, albo na niebie Ganeszy rozjarza się zorza. Wypowiedz te słowa w najbardziej egzotycznej scenerii, o najdziwniejszej godzinie. I tak stwierdzi, że te nazwy, te wyrazy, są po prostu śmieszne. Ja też tak uważałem przez wiele lat.
Gdy zostajesz przyjęty do Zakonu, gdy przejdziesz przez wszystkie mutacje, podczas których większość adeptów umiera, gdy przeżyjesz mordercze lata treningu i wreszcie, jako jeden na stu, dwustu akolitów, z którymi przekroczyłeś próg siedziby Najlepszych Imperatora, wdziejesz wspomagany pancerz ze stali ceramicznej, zrozumiesz, że te komiksowe pojęcia, te marne nazwy własne, mają realne odpowiedniki. Że prawdziwą, naturalną rzeczywistością jest koszmar. A to, co kiedyś uważałeś za normalne, jest ułudą, dziecinnym snem, pieprzoną mrzonką niczego nieświadomego smarkacza.
Pożeracze Światów naprawdę istnieją. I tak, naprawdę każdy z nich ma dziesięć tysięcy lat i pamięta bitwę na Terrrze, w której wystąpił przeciwko Imperatorowi, który dla takich jak ja przed przyjęciem do Zakonu, był legendą, mitem, nie wiadomo czym nie wiadomo gdzie, pośród niezliczonej ilości planet niewyobrażalnie licznej ludzkości.
Teraz był największą miłością mojego życia. Światłem pośród ciemności, źródłem Astronomicanu, tym, który zespolił ludzkość w chaosie Spaczni, męczennikiem żyjącym na granicy światów na Złotym Tronie.
Świętym.
Każdy Kosmiczny Marine to taki trochę platoniczny pedał. Nikt się tym głośno nie chwali, ale tacy z nas mężczyźni jak z baranich dup pancerze. Owszem, czasami się podoba jakaś babka, ale jeśli widzimy normalną kobietę, to jest z reguły ponad metr od nas niższa, więc gdybyśmy próbowali cokolwiek z nią zrobić, poczynilibyśmy dużo szkód. Jeśli zaś nie mamy do czynienia z kobietą „z ludu”, ale wciąż przedstawicielką tak zwanej płci pięknej, to jest to albo Siostra Bitwy, potwór łasy na krew nie mniej od Kosmicznych Wilków, ewentualnie wysłanniczka Ordo Hereticus, cholerna inkwizytorka, jeszcze bardziej fanatyczna i z reguły wieszcząca bardzo poważne kłopoty (od których gałąź opada), albo Siostra Ciszy, kompletna schizofreniczka, nie dość że niema, to jeszcze łysa. Tak przynajmniej mówią. Nigdy nie widziałem.
A ogólnie i tak nie ma czasu na popierdułki.
Mam marne sto pięćdziesiąt lat. Uhonorowano mnie zaszczytem bycia Konsyliarzem Tygrysiej Straży, Zakonu, którego primachą był być może Sanguinius, jeden z najwspanialszych mocarzy w historii, skrzydlaty bóg zabity przez Horusa, zdrajcę Imperium. Historycy mówią, że najprawdopodobniej wywodzimy się z Legionu Krwawych Aniołów. Dokładnie nie wiadomo, bo dokumenty i przekazy z ery rozwiązania Legionów zostały zniszczone podczas drugiego najazdu Nekronów na nasz świat-dom, Khalindor. Sprawę pogarsza fakt, że niewiele na nasz temat napisano.
Może dlatego, że mamy to w dupie. Koty chodzą swoimi drogami. Zresztą dobrze, że mało o nas słyszano, bo takie pierdoły się opowiada o Kosmicznych Marine’ach, że flaki się przewracają.
Wykorzystano grafiki Tomasza Piorunowskiego, Marcina Trojanowskiego i Tomasza Marońskiego.
Webmasterzy: Lafcadio, wiesniak
video game walkthrough
Game-No1
Keno
Szósty sposób - blog Andrzeja Zimniaka
Wawrzyniec Podrzucki

