Być może część czytelników pamięta, że publikowanie "nie naukowe" rozpocząłem rubryką Grao Story we wspaniałym miesięczniku Świat Gier Komputerowych (nota bene społeczność wierna temu tytułowi wciąż żyje i regularnie się spotyka w portalu Gamelog). Tam też prowadzimy liczne dyskusje na forum, pod hasłem "Rozmowy z gamedekiem".

W Grao Story opisywałem przygody mistrzów Grao-tsy Łinkomanda i Kompucjusza Diuknuka, oraz ich uczniów, Dżoj-sti Balda i Mish-kha Conqa. Redaktor naczelny pisma, Piotr Pieńkowski (obecnie pracujący nad bardzo obiecującą grą Hellion), zlecił mi tworzenie nie trzech czy czterech anegdot do jednego numeru, lecz piętnastu. Do dzisiaj jestem mu wdzięczny, bo dzięki temu perfidnemu żądaniu byłem zmuszony do ćwiczenia warsztatu, zagęszczania przekazu, intensyfikowania treści. Owocem zmagań jest blisko pięćset short-stories, z których tylko jedna czwarta ujrzała światło dzienne.

Nie lubię, gdy coś leży i nie pracuje, więc postanowiłem co tydzień zamieścić tu jeden tekst. Mam nadzieję, że pobudzi p.t. czytelników do refleksji.


Z Archiwum Grao

    Dżoj-sti Bald otarł pot z czoła. Od trzech godzin kosił taras zarośnięty bujną, falującą na wietrze trawą. Zbocze było strome, musiał więc wkładać niemało wysiłku, by wepchnąć pod górę ciężką kosiarkę. Chwycił mocno prowadnice i wznowił pracę. "Czyż życie nie jest walką?", pomyślał, "Kto to powiedział? Nie pamiętam, ale chyba miał rację." Zacisnął szczęki. "Boli mnie kręgosłup, coś mi strzyka w kolanie, jestem głodny i zmęczony, a został mi jeszcze spory kawałek." Kosiarka zaczęła gubić trawę. Był to widomy znak, że pojemnik się zapełnił. Młodzieniec wyłączył urządzenie. Pochylił się i odczepił kontener. Ból grzbietu nasilił się. Graodan powstrzymał przekleństwa cisnące się do ust. "Samokontrola, samokontrola", powtarzał w duchu. Ruszył w kierunku kompostownika skrytego za wysokimi świerkami i krzakami jałowca. "I kto narzeka na gry? Że niby jest w nich agresja? Oto ja tu, w tej banalnej sytuacji toczę z góry przegraną bitwę z trzema największymi wrogami człowieka: zmęczeniem, bólem i głodem. I nie narzekam na przemoc, którą wobec mnie stosują. Walczę." Wyszczerzył zęby wytrząsając zieloną zawartość zbiornika. "Kiedy dogoni mnie starość", myślał wracając do kosiarki, "będę coraz słabszym wojownikiem, a atakujące hordy chorób i dolegliwości będą coraz liczniejsze". Wsunął zbiornik w zaczepy i włączył ostrze. Silnik zawarczał. "Dlatego muszę się hartować." Ruszył pod górę ignorując ból w kolanie i kręgach. "Żebym był przygotowany. Do ostatniej bitwy."

***

    - Zamyśliłeś się, przyjacielu? - spytał Grao-tsy Łinkomande pochylonego nad balustradą pomostu Kompucjusza Diuknuka.
    - Jesień to dobra pora do przemyśleń - odparł starzec.
    Tafla jeziora wydawała się nieruchoma, jak wypolerowana płaszczyzna ołowiu. Po niebie sunęła kołdra chmur.
    - A więc o czym myślałeś? - zagadnął Grao-tsy po chwili milczenia.
    Kompucjusz utkwił wzrok w dymach unoszących się z kominów oddalonych zabudowań.
    - Zastanawiałem się, co powiedzieć uczniom, by nie popadli w zimową melancholię. Wiesz, by ominęła ich depresja krótkich dni i długich nocy.
    Łinkomande pochylił głowę i uśmiechnął się pod wąsem.
    - Młodzież nie ma takich dylematów, mój drogi - powiedział. - To raczej my powinniśmy się zastanowić, jak przetrwać ten okres. Ja, na ten przykład, poczyniłem już pewne kroki...
    - Tak? - mężczyzna ożywił się. - Co zrobiłeś?
    - Sporządziłem listę tytułów, które obowiązkowo do wiosny muszę poznać, w spiżarni zainstalowałem pokaźnych rozmiarów zapas najlepszych konfitur, zaś w piwniczce utworzyłem zestaw ratunkowy składający się z win najprzedniejszych roczników.
    - Godna pochwały zapobiegliwość...
    - Skoro już o tym mowa... - Grao-tsy zatarł ręce. Było zimno. - Zapraszam cię na lampkę małego co nieco. Musimy o siebie zadbać.
    - Ale czekaj, poczekaj - zaprotestował Kompucjusz. - A moi uczniowie? Za piętnaście minut mam wykład!
    Łinkomande objął go za ramię i zbliżył swój orli nos do nosa rozmówcy.
    - A od czego mamy graodanów?
    Kompucjusz zamrugał. Po chwili wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu. Gdyby ktoś ich w tym momencie obserwował, stwierdziłby, że mistrzowie odmłodnieli o piętnaście lat. I pomyśleć, że wystarczyła tylko drobna refleksja, ot taka, że nie są niezastąpieni. Ołowiana tafla jeziora stała się znów czystą wodą. Alchemicznej przemiany dokonał młodzieńczy śmiech przyjaciół.

***

    Niedawno w naszej redakcji zadzwonił telefon. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że po drugiej stronie bardzo długiego kabla tkwił Grao-tsy Łinkomande.
    - Wybaczcie, że znów wysyłam do was list - tłumaczył się - ale nie mogę spać po nocach, bo ciągle prześladuje mnie pewna kwestia. Proszę, wydrukujcie jeszcze ten jeden raz, a obiecuję, że na jakiś czas dam sobie spokój.
    Telefon odebrał ManJAk, a że słabo zna chiński, powiedział tylko:
    - Ja, ja, jawohl - i odłożył słuchwkę.
    Na szczęście przytomnie zdążył całą rozmowę nagrać i kiedy zjawił się tłumacz, wszyscy ze zdziwieniem dowiedzieliśmy się, że owo "ja, ja" było obietnicą opublikowania kolejnego listu otwartego. Po zajściu, do gabinetu zaprosił go naczelny, który zapobiegliwie tydzień wcześniej zainstalował sobie dźwiękoszczelne drzwi i mimo szczerych chęci, nikt z załogi nie był w stanie usłyszeć przebiegu rozmowy. Nie pomogły szklanki przystawiane do ściany ani nawet stetoskop, który ktoś przypadkiem trzymał w biurku. Po godzinie ManJAk wyszedł. Był dziwnie czerwony na twarzy i jakby zamyślony. Tego dnia nikt go nie zaczepiał.
    Nazajutrz przyszedł listonosz. Wiedzieliśmy już, jaki prezent niesie. Oto jego treść:
    Drodzy czytelnicy. I znów nie mogę stać z boku patrząc, co się w świecie gier dzieje. Dlatego ten list. Ja i Kompucjusz z niepokojem przyglądamy się powszechnemu bałwochwalstwu czynionemu względem gier z serii Half-Life. Nawet Dżoj-sti Bald ostatnio do mnie zapukał i szukał mojej rady w tej materii. "Dżoj-sti", powiedziałem, "kropla wina wlana do morza zmienia jego smak", i zadzwoniłem do redakcji ŚGK, gdzie bardzo miły pan zgodził się (nie wiem tylko, dlaczego po niemiecku) na publikację moich epistolograficznych wynurzeń.
    Za niekoronowanego cesarza gier dających złudzenie osobistego uczestnictwa w ich świecie (czyli rozrywek nazywanych na zachodzie "FPP") uznaje się wspomnianego już Half-Life'a z dodatkami. Ja natomiast nie mogę przeboleć, że brać graczy zapomniała o tytule System Shock 2, którego recenzja ukazała się na kartach ŚGK dziewięć miesięcy po opisie "połowicznego życia". Ukończyłem obydwie te gry i osobiście uważam, że dzieło nieistniejącej już kompanii Looking Glass Studios jest o wiele lepsze.
    Zacznijmy od atmosfery zagrożenia, na którą powołują się miłośnicy H-L. Sprawa jest oczywiście kwestią gustu, jednak ja, podobnie jak inni mieszkańcy Grao-Lin, o wiele bardziej bałem się grając w SS2. Może dlatego, że w dziele tym kreowanie atmosfery niepewności nie polegało wyłącznie na zaskakiwaniu nagłym hałasem i pojawianiem się nie wiadomo skąd dziwnych stworów, lecz na snuciu coraz bardziej przerażającej historii statków kosmicznych Rickenbecker i Von Braun. Dla mnie, staruszka z siwą brodą, straszne jest to, co mogę zrozumieć, a właśnie wizja ukazana w SS2 jest bardzo spójna i przekonująca. Na końcu gry wiedziałem już dokładnie, jak rozpoczął się horror, w którym brałem udział, i skąd się wzięły istoty, z którymi miałem przerażającą przyjemność się zmierzyć. W dziele autorstwa kompanii Valve informacji takich nie uzyskałem, a dżentelmen w czarnym garniturze kończący wycieczkę po laboratorium Mesa, również niczego mi nie wytłumaczył.
    Inną rzeczą, która zwłaszcza Mish-kha Conq'owi rzucała się w jego młode oczy, jest opowieść wysnuta w obu tych grach. Otóż w H-L mamy do czynienia z małomównymi naukowcami, niewiele komunikującymi strażnikami i ryczącymi potworami. Owszem na biurkach i stolikach błyskają komputery, leżą książki i kartki, lecz są to tylko atrapy, z których żadnych dodatkowych treści gracz nie wyczyta. Fabuła SS2 zaś, opiera się w dużej mierze na rozsianych po pokładach statków głosowych zapiskach poczynionych przez załogantów. Moim, starczym zdaniem, aktorzy udzielający głosu do tych właśnie nagrań, wykazali się znakomitym wyczuciem atmosfery. Tak przekonujących i sugestywnych przekazów dawno już w grze nie słyszałem. Przy nich kwestie wygłaszane w H-L czy Deus Ex'się są sztywnym czytaniem z pergaminu! Po jakimś czasie gracz zaczyna identyfikować poszczególne osoby i z zaciekawieniem poznaje dalsze losy kilkunastu ludzi mających nieszczęście uczestniczyć w rejsie. Dzięki ich doświadczeniom bohater otrzymuje szereg ważnych informacji dotyczących czyhających na niego niebezpieczeństw. Zdarza się, że przy zwłokach znajduje log będący zapisem ostatnich chwil leżących u jego stóp postaci.
    Właśnie do mojego gabinetu wszedł Kompucjusz i przypomniał mi o kolejnej, niezwykle ważnej różnicy. Jest nią rolplejowy charakter System Shock'a. Tytuł ten oferuje wiele ścieżek rozwoju, które w bardzo wyraźny sposób zróżnicują postępowanie gracza. Bez odpowiedniej ilości punktów nie będzie mógł wykorzystywać pewnych broni, badać znalezionych artefaktów, a więc i z nich skorzystać, otwierać zamkniętych pojemników, łamać szyfrów, włamywać się do komputerów i wieżyczek strzelniczych. Szkolenie w dziale OSA daje zdolności psioniczne, w Navy - umiejętności techniczne i hakerskie zaś w Marines - znajomość wielu rodzajów broni. Tak więc grę można przejść na trzy różne sposoby! Pomijam takie przyjemności jak zużywanie i w końcu psucie się broni, korzystanie z implantów, powiększanie objętości plecaka, i wiele innych drobnych rzeczy czyniących rozgrywkę atrakcyjniejszą. Czy takie możliwości oferował Half-Life?
    Jeśli macie do mnie odrobinę zaufania, a nie graliście jeszcze w SS2, i nie zraża Was świadomość, że jest to gra sprzed dwóch lat (według mnie jej wizualność jest jak najbardziej do przyjęcia), wypróbujcie ten produkt. A kiedy to zrobicie, wypowiedzcie się, która gra jest lepsza. Pozdrawiam z górzystej prowincji Grao-Ciang. Tajemne znaki i uściski dłoni przekazują również Kompucjusz Diuknuk i graodanowie Dżoj-sti Bald i Mish-kha Conq.

Grao-tsy Łinkomande

***

    "Niedorozwój rządzi rozwojem, jak mawiają na zachodzie", myślał Grao-tsy Łinkomande przyglądając się półce z grami. "Szczerze mówiąc", ziewnął, "nie chcę wiedzieć, czy to przysłowie ma przełożenie na gry". Kolorowe pudełka mamiły wzrok sugestywnymi obrazami. "Wolę myśleć, że na naszym podwórku wszystko rozwija się ku wyższym bytom." Oparł się o rzeźbione oparcie krzesła. Cmoknął bijąc się z myślami. "Bo niby dokąd ma zmierzać? Do rynsztoka? Kto przy zdrowych zmysłach zgodzi się na taki kierunek?" Odwrócił się do okna. Lało. Szum deszczu nastrajał filozoficznie. "Ba. Słyszałem, że w zachodnich stacjach telewizyjnych najlepsze filmy nadawane są o północy. Bo niby przeciętni ludzie nie mieliby ochoty ich oglądać." Pokręcił głową. "Gdzie tu sens? W szkołach każą dzieciom czytać dzieła mistrzów wierząc, że lektury pobudzą ich do rozwoju, a co robią dorosłym?" Starzec usiadł na krześle i ułożył stopy na haftowanej w złote smoki poduszce. "W obawie, że nie zarobią na pozycjach ambitnych, serwują im łatwą papkę nie marnując czasu na rozmyślania, co byłoby lepsze w szerszym tego słowa znaczeniu." Patrzył, jak krople ściekają po szybie. Pokiwał głową. Na szklanych taflach królowało kilka głównych wodnych szlaków, do których dążyły wszystkie inne drobne strumyczki. "Czyż nie jest podstawowym prawem natury podążać po linii najmniejszego oporu?" Zamknął oczy i oparł głowę o zagłówek. "Czy człowiek musi temu prawu podlegać? Przecież odkąd zrobił mu się tak wielki łeb, że niejednokrotnie bez pomocy medycyny by się nie narodził, tak jakby przestał podlegać naturze..."

***

    Poranne słońce zastało mistrza gier, Grao-tsy Łinkomande'a w łóżku. "Słońce?", pomyślał, "słońce? Fantastycznie! Będzie ładny dzień!" Zerwał się z pościeli świeży i radosny.
    - Tralala, trrralala - nucił pod nosem odziewając się w mnisie szaty. - Nałożymy sandałki - mruczał - zawiążemy rzemyczki, podciągniemy tu i tam - wyrównał fałdy ubrania. - I gotowe!
    Stał z rozpostartymi rękami jakby oczekiwał czyjegoś przyjścia. I rzeczywiście w tym momencie drzwi jego sypialni otworzyły się i ujrzał w nich młodą, piękną kobietę. Zbliżyła się do niego bez słowa i lekko go popchnęła na łóżko. Sama przysiadła na rzeźbionej poręczy i patrzyła na niego orzechowymi oczami. Starzec nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Poprawił się na poduszkach i zapytał:
    - I co teraz, proszę pani?
    Kobieta zatrzepotała rzęsami, uśmiechnęła się i odrzekła:
    - Nie wiem, mistrzu. To twój sen, nie mój.

***

    Mistrz Kompucjusz Diuknuk odpoczywał po wyjątkowo męczącym wykładzie. Leżał na tarasie przykryty grubym kocem ozdobionym wizerunkiem tygrysa czającego się wśród bambusów. Do nauczyciela podszedł Mish-kha Conq.
    - Nie chciałbym przerywać twojego odpoczynku, mistrzu...
    - Nie chciałbyś, ale to robisz - skwitował starzec nie otwierając oczu. - Mów.
    - Oglądałem w telewizji ceremonię parzenia herbaty i... jestem zachwycony.
    Starzec uchylił jedną powiekę i przyjrzał się graodanowi.
    - A co wprawiło cię w zachwyt? - spytał.
    Młodzieniec przysiadł na omszałym murku.
    - Świadomość każdego ruchu i gestu. To po prostu poezja.
    - Mów dalej.
    - Brakuje mi w życiu codziennym chwil, kiedy wykonuję jakąś czynność tylko dla jej piękna: ot, zapraszam Dżoj-sti Balda na herbatę i razem uczestniczymy w... medytacji!
    Kompucjusz poprawił się na leżaku.
    - To prawda - powiedział - w dzisiejszych czasach wszystko jest robione szybko i byle jak. Istnieje jednak parę sposobów, które rozwiązują ten problem.
    - Tak?
    - Po pierwsze, możesz się nauczyć ceremonii parzenia herbaty, mamy w klasztornej spiżarni zestaw do celebracji, a po drugie, spróbuj traktować gry jak obiekty do medytacji.
    - To znaczy?
    - Kiedy następnym razem dostaniesz pudełko, wygodnie usiądź, powoli zedrzyj folię, zaciągnij się zapachem świeżej farby, niespiesznie otwórz opakowanie, zajrzyj do środka, jeszcze raz zerknij na pudełko i dopiero potem wyjmij zawartość. Następnie poświęć cały dzień na czytanie instrukcji i podziwianie płytki. Waż ją w ręku, patrz na tęczowe refleksy, gdy ją ustawić pod odpowiednim kątem, i dopiero następnego dnia zainstaluj.
    - Nie wiem, czy mi się uda. - wybełkotał blady młodzieniec.
    Diuknuk roześmiał się na głos.
    - Wystarczy - powiedział - że nie rzucisz folii na podłogę, lecz do kosza na śmieci, oraz, że zanim drżącymi rękami włożysz krążek o czytnika, zapoznasz się z instrukcją.
    - I to już będzie jak parzenie herbaty?
    - Z pewnego punktu widzenia...

***

    Mish-kha Conq zastał Dżoj-sti Balda w celi, w której rozbrzmiewała muzyka z "Gladiatora". Gość nie odzywał się, widział bowiem, że przyjaciel jest skupiony. Przysiadł na fotelu i postanowił poczekać aż utwór się skończy. Dżoj-sti zerknął na niego dając znać, że zauważył jego przyjście. Przy bardziej wzruszającym dźwiękowym akcencie z jego oczu pociekły łzy, a twarz wykrzywił grymas bólu. Opus skończył się.
    - Ile razy byłeś na tym filmie? - spytał graodan Conq.
    - Trzy - odpowiedział Dżoj-sti.
    - Zdaje się, że wywarł na tobie spore wrażenie?
    - Jest to jeden z najważniejszych obrazów mojego życia.
    Cisza ustąpiła miejsca następnej muzycznej scenie. Mish-kha również zaczął słuchać. Przed oczami stanęły sceny walki o honor i życie. Śpiew dochodzący z głośników opowiadał o życiu człowieka, który nie modlił się o to, by los go oszczędzał. Dżoj-sti znów zaczął bezgłośnie łkać. Mish-kha spokojnie patrzył na przyjaciela, w którego duszy budził się bohater.

***

    Dżoj-sti Bald wstał wcześnie rano. Zerknął przez okno. Szarzało. Przypomniały mu się obozy i warty od północy do rana. Otworzył skrzydło i zaciągnął się zapachem wilgotnej ziemi i trawy. Aromaty wywołały szereg wspomnień: spływ kajakowy, pierwsza wakacyjna miłość, beztroskie lata, kiedy poznawał pory roku, brud ziemi i chłód śniegu. "Ach te zapachy", myślał, "gdybyż tak do gier dodawać woreczki czy inne kapsułki z instrukcją: otworzyć przy drugim krążku, lub: odkręcić, gdy na ekranie pojawi się odpowiedni komunikat. Et, co ja wymyślam takie prymitywne rozwiązania, poczekajmy na generator zapachów z prawdziwego zdarzenia. W końcu żyjemy w epoce nanotechnologii..." Odwrócił się i spojrzał na komputer. "Chętnie powitałbym taką nowinkę. W recenzjach pojawiłyby się nowe stwierdzenia, na przykład: zapachowo gra mieści się w standardzie: woń rozgrzanego metalu, ozonu i świeżego powietrza to norma w strzelaninach FPP. Albo: Od strony oftalmologicznej to prawdziwa perełka. Podejdźcie do ekspresu do kawy, a poczujecie aromat najprawdziwszego espresso, rozmowa z blond pięknością oczaruje was bukietem ekskluzywnych perfum, zaś gdy zanurzycie się w lochach mieszczących się pod zamkiem, w nos uderzy atmosfera wilgoci i starości. Ostrzegam przed wkraczaniem do zamkowej kuchni. Tam z miejsca dostaniecie głodowych boleści i zapragniecie zanurzyć zęby w soczystym befsztyku, zaś do piwnicy z winami lepiej w ogóle nie zaglądać..."

***

    - Widzę, że się uśmiechasz, mistrzu. - odezwał się Dżoj-sti Bald do Grao-tsy Łinkomande'a.
    - Jestem szczęśliwy.
    - A co daje ci szczęście?
    - Twórczość. Na przykład dzisiaj ułożyłem taki koan: kula jest płaszczyzną zawiniętą w nieskończoność.
    - Piękne.
    Ponad nimi unosiły się białe obłoki. Od większych cumulusów odrywały się niewielkie strzępy. Jedne przypominały ptaki, inne anioły, a jeszcze inne - życzliwe oblicza.

***

    - Mistrzu, dlaczego początkującym akolitom ordynujemy gry role-playing lub ekonomiczne? - spytał graodan Mish-kha Conq Kompucjusza Diuknuka.
    - Aby wiedzieli, że niczego w życiu nie zdobywa się od razu... - starzec podrapał się w brodę - ...wyjąwszy takie cudowne zdarzenia jak wygrana na loterii, jednak gdy się uwzględni fakt, że trafienie szóstki w lotto jest siedmiokrotnie mniej prawdopodobne niż to, że grający zostanie trafiony piorunem, mówiąc inaczej, że prędzej cię siedem razi porazi grom niż zdobędziesz główną wygraną...
    - Już rozumiem, mistrzu.

***

Grafika: Marcin Przybyłek, Dragon Warrior, Michał Sienkiewicz.
Wykorzystano także grafiki Tomasza Piorunowskiego, Marcina Trojanowskiego i Tomasza Marońskiego.
Webmasterzy: Lafcadio, wiesniak
Strona po polsku   English version unavailable