Po przejściu przez niezliczoną ilość bramek kontrolnych, przy których czuwali podejrzliwie patrzący strażnicy, po pokonaniu kilku kilometrów korytarzy i wind, dotarłem przed oblicze, pod którym puszył się krawat w świetliste kwadraty.
    - Jest pan, to dobrze... - wskazał ręką kierunek marszu - ...proszę do mojego pokoju.
    Pomieszczenie mogłoby służyć za apartament hotelowy. Przez krótką chwilę zazdrościłem Philipowi przepychu i władzy. Szybko jednak się opamiętałem przypomniawszy sobie, jak bardzo cenię wolność. Fyodorowicz z całą pewnością był nieprzyzwoicie bogaty, lecz haraczem za dostatek było uwikłanie w zależności, przy których zaplątanie w sieć nanowodu wydawało się problemem dziecinnie prostym.
    - Spocznie pan? - wskazał biofotel. Dotąd widywałem je tylko na reklamówkach. Ostrożnie zanurzyłem się w lekko wibrujące wnętrze. Wrażenie można porównać jedynie do najbardziej wyuzdanych przeżyć, pominę więc opisy.
    Gospodarz zajął iejsce za gigantycznym biurkiem, które z tego co mogłem zauważyć, pełniło również funkcję stołu masażowego, aparatu do manicure'u oraz osobistej, całkiem inteligentnej, sekretarki.
    - Mamy - zagaił robiąc z palców wieżyczkę - pewien problem. To, co teraz powiem, nie może opuścić tego pomieszczenia - spojrzał surowo.
    - Dyskrecja jest wpisana w specyfikę mojej pracy - odparłem starając się przybrać pozę wzbudzającą zaufanie.
    - Mimo to czuję się w obowiązku poinformować, że w razie najmniejszego podejrzenia przecieku nasi prawnicy nie zostawią na panu nawet naskórka.
    - Pomyślałem, że nie chciałbym na stałe pracować dla Fyodorowicza. Szybko nabawiłbym się jakiegoś tiku albo innego wrzodu.
    - Przejdźmy do rzeczy... - podjął po krótkiej pauzie. Zacisnął oczy, jakby szykował się do walki z silniejszym od siebie przeciwnikiem - ... jesteśmy w fazie alfa testów kasków najnowszej generacji w związku ze zbliżającą się premierą gry o nazwie Telepadrom.
    Fraza brzmiała jak początek handlowej prezentacji.
    - Dziwne słowo - skonstatowałem.
    W jego oczach mignął dyrektorski błysk.
    - Pan jest szczery - całkiem ładnie się uśmiechał - to dobrze. Teraz niech pan słucha...
    Zdecydowanie nie chciałbym dla niego pracować.
    - Nazwa wzięła się stąd, że kaski umożliwiają telepatię.
    Uniosłem brwi.
    - Prawdziwą?
    - Najprawdziwszą. Niech się pan nie dziwi. Takie rozwiązanie było kwestią czasu. My po prostu jesteśmy pierwsi. Sęk w tym, że podejrzewamy sabotaż...
    - Konkurencja?
    - Być może. Nie ma pewności. W każdym razie, po pierwszym etapie prób, alfa testerzy zaczęli się dziwnie zachowywać.
    - To znaczy?
    - Oni się na siebie... poobrażali. Może nie wszyscy, ale, no... rozumie pan, spodziewaliśmy się raczej euforii i zachwytów. Człowiek nie po to wchodzi w świat sensoryczny żeby się źle czuć.
    Zasznurowałem usta. Znałem sprawy wirtualnego sabotażu. Diabelskie sztuczki. Dosłownie. Kiedy jakaś firma przygotowywała nową grę, inna, jeśli miała ku temu okazję, wprowadzała w nią niewidzialne wzory, symbole rozpadu i zła, wkomponowane w krajobraz. Działały podprogowo i powodowały, że ludzie zaczynali wariować.
    - Rozumie pan teraz, dlaczego go wezwałem - odezwał się Philip. - Telepadrom jest przełomem w branży. Ludzie nie tylko będą się w nim świetnie bawić, nie tylko będą czuli zapachy, temperaturę i wiatr, będą też w stanie czytać i przekazywać swoje myśli! Nie ukrywam, że firma Creation Dome zainwestowała w ten projekt ogromne sumy... Data premiery się zbliża, a tu taki problem... - Stuknął paznokciami w śliski blat - Niedopuszczalny - wydusił matowym głosem. - Niedopuszczalny.
    Panie dyrektorze, pomyślałem, ostrożnie. Jeszcze trochę stresu i zawał gotowy.
    - Czy jest pan gotowy zbadać sprawę?
    - Jestem gotów.
    - Jaka jest pana stawka?
    - Czekałem na to pytanie i szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć.
    Skala problemu była średnia, za to zleceniodawca - gigantyczny.
    - Pięćdziesiąt tysięcy. W razie niepowodzenia połowa. - Usłyszałem, jak wypowiadam te słowa i od razu pożałowałem, że nie zażądałem dwa razy więcej. Domyśliłem się, że Fyodorowicz zarabiał tyle w tydzień.
    Dyrektor zamrugał.
    - Oczywiście - szczeknął niczym archaiczny zszywacz. - Rozumiem, że "w razie niepowodzenia" jest standardową formułą? Nie zdarzyło się panu zawieść?
    Milczałem.
    - Zanim wejdę w świat - odezwałem się po chwili - chciałbym porozmawiać z tymi testerami.

***

    Gruby brzydal w granatowym garniturze kręcił głową osadzoną na smalcowatym karku.
    - Do niczego taka gra. Daje nadzieję, a potem ją zabiera - sapał - Inne są uczciwe.
    Ładny świat i tyle. Telepadrom jest inny. Tam się... przeżywa coś, czego tu już nie ma.
    Podobnych wypowiedzi zebrałem jeszcze kilka. Miałem wrażenie, że czegoś w nich brakuje. Nikt jednak nie był skłonny wyjawić, czego. Niektóre osoby patrzyły na siebie spode łba, inne jakby celowo unikały mojego wzroku. Podszedłem do ładnej blondynki, siedzącej pod ścianką działową i prezentującej, bardzo zgrabnym przyznam, tył.
    - A pani co może na ten temat powiedzieć? - spytałem miękkim barytonem. Zawsze działał na kobiety.
    - Ta gra jest obrzydliwa. Robi ludziom krzywdę. Nie chcę się do tego przyczyniać.
    - Co pani ma na myśli?
    - Ja nic nie wiem. Jeśli panu nie powiedzieli, to mnie nie wypada.
    Kobieto, nie ułatwiasz mi zadania, pomyślałem ze złością. Naciskanie nic by nie dało. Wydawała się uparta i urażona. Zreasumowałem dane. Alfa testerzy rzeczywiście czuli się źle. Co więcej, świat sensoryczny poszczuł ich przeciw sobie. Niektóre osoby sprawiały wrażenie ofiar, zaś inne - oprawców. Świadczyło to o nie lada dywersji. Nie było rady, należało tam wejść i nadstawić karku. Nie miałem zaufania do swojej samokontroli. Ale, jak mawiają gdzieś na wschodzie, lepiej wiedzieć, że się czegoś nie ma, niż pławić się w złudzeniu, że jest odwrotnie.
    Do pokoju wszedł Philip. Obok niego dziarsko maszerowała korpulentna szatynka o ostro patrzących brązowych oczach.
    - Zebrał pan wywiad? - Omiótł spojrzeniem pracowników. - To dobrze. Będzie pan wchodził?
    Skinąłem.
    - Doskonale. Będzie panu towarzyszyła nasza specjalistka do spraw jakości. Nino - zerknął na kobietę, jakby była podręcznym pilotem do holowizji - pozwól, że ci przedstawię gamedeca, pana Torkila Aymore'a. Panie Aymore, Nina Rostovsky.
    - Miło mi - podszedłem i przycisnąłem usta do pulchnej dłoni.
    Staromodny gest przydawał profesji odpowiedniej aury.
    Testerzy dziwnie popatrzyli. Trudno było dociec: z odrazą czy kpiną. Greckie przysłowie mówi: nie chciej wiedzieć.
    - Łoża są tam - Philip wskazał kierunek.
    Hala testów była imponująca. Modele leżanek i oprzyrządowanie wywoływały zawrót głowy. Gaża, jakiej zażądałem, po prostu mnie skompromitowała. Starałem się ukryć rumieniec zażenowania. "Pięćdziesiąt tysięcy? Jedno takie łoże kosztuje dwa razy tyle!" Byłem przekonany, że aparatura była w stanie utrzymać gracza przy życiu nawet miesiąc.
    - Nino, przekazuję pana Aymore'a w twoje ręce. - Fyodorowicz ukłonił się i wyszedł.
    Oczywiście. Dyrektor nie będzie zawracał sobie głowy jakimś gamedekiem, pomyślałem ze złością. Ważny jest efekt i efektywność. A że, idioto, chcesz za robotę grosze, to i szacunek ci się nie należy.
    - Oto nasze kaski - wyjęła z szafki lustrzane hełmy.
    - Bardzo ładne.
    Roześmiała się. Miała mocne białe zęby.
    - Mnie też się podobają. Musieliśmy je jakoś wyróżnić, wie pan: nowa generacja.
    Telepatia.
    - Czy pani już była w Telepadromie?
    - Oczywiście. Testowałam jego spójność.
    - Nie dopadła pani żadna depresja czy złe myśli?
    Zmrużyła filuternie oczy.
    - Jak na razie nie. Właśnie dlatego szef mnie wyznaczył na pańską towarzyszkę.
    - Rozumiem. - Rozejrzałem się i wziąłem głębszy oddech. - No to do roboty. Gdzie jest prysznic?
    Po ablucjach zażyłem gamepill i obserwowałem, jak Nina podłącza zasobniki z płynami. W międzyczasie sprawdziłem na przedramieniu nanowtyczkę, wykonałem kilka przysiadów i nałożyłem kombinezon. Pani Rostovsky zerkała na mnie z nieukrywaną przyjemnością. Chyba dawno nie widziała porządnie zbudowanego chłopa. Pozwoliłem jej na odrobinę radości. Za chwilę oboje byliśmy gotowi. Owerole testerów były najwyższej klasy. Zakląłem w duchu. "Mógłbym kupić takie łoże i ubranko..." Nie mogłem sobie darować nieszczęsnej kwoty. Dziwna jest natura człowieka. Ledwo przyzwyczaiłem się do myśli, że wykaraskam się z długów, a już znalazłem nowy obiekt trosk. Położyłem się, podłączyłem złączkę, przyjąłem z ciepłych dłoni skrzący się kask i ostrożnie nasunąłem go na głowę. Nie wchodziłem. Czekałem na asystentkę, która, jak się spodziewałem, miała pełnić rolę przewodniczki. Nie chcieli ryzykować, że wlezę w miejsce, gdzie wyszczerzą zęby "tajemnice handlowe". Procedura dewitalizacyjna wyglądała typowo. Samo menu wejścia w świat nie przedstawiało żadnych fajerwerków. Cóż, wersja alfa.
    Za chwilę wokół eksplodował raj. Telepadrom był gigantycznym miastem składającym się z dziesiątek zawieszonych w powietrzu platform. Na niebie królowały kolory pomarańczu i czerwieni, jakby zachodziło słońce, mimo to było bardzo jasno. Daleko w dole szumiał tropikalny las. Na granicy widnokręgu majaczył ocean. Wszystko było nieprawdopodobnie plastyczne i trójwymiarowe.
    - Poszerzyliście rozstaw wirtualnych oczu! - wykrzyknąłem. Nina ubrana była, podobnie jak ja, w lustrzany kombinezon.
    - Tak! - odkrzyknęła z zapałem. - Dzięki temu świat jest postrzegany bardziej stereoskopowo!
    - Fantastyczne!
    - Prawda?
    - To, to... eldorado!
    Roześmiała się.
    - Szkoda, że nikt pana nie nagrywa. Mielibyśmy świetną reklamę.
    Nad nami przelatywały przeszklone furgonetki, wyżej królował gigantyczny spacerowy statek połyskujący chromem i szkłem.
    - Nie ma ludzi - stwierdziłem.
    - Zaraz to naprawimy. Wprowadzę enpeców.
    Otworzyła bursztynowy katalog i wystukała kilka komend. Za chwilę zaroiło się od powietrznych surferów, przechodniów i rollerów. Przemieszczali się ruchomymi chodnikami, skakali z ramp, kursowali przeziernymi windami, odwiedzali luksusowe hotele i restauracje. W takim miejscu można się zadurzyć na śmierć. Nawet Nina wyglądała pociągająco.