Powrót do Grao Story

    Dżoj-sti Bald otarł pot z czoła. Od trzech godzin kosił taras zarośnięty bujną, falującą na wietrze trawą. Zbocze było strome, musiał więc wkładać niemało wysiłku, by wepchnąć pod górę ciężką kosiarkę. Chwycił mocno prowadnice i wznowił pracę. "Czyż życie nie jest walką?", pomyślał, "Kto to powiedział? Nie pamiętam, ale chyba miał rację." Zacisnął szczęki. "Boli mnie kręgosłup, coś mi strzyka w kolanie, jestem głodny i zmęczony, a został mi jeszcze spory kawałek." Kosiarka zaczęła gubić trawę. Był to widomy znak, że pojemnik się zapełnił. Młodzieniec wyłączył urządzenie. Pochylił się i odczepił kontener. Ból grzbietu nasilił się. Graodan powstrzymał przekleństwa cisnące się do ust. "Samokontrola, samokontrola", powtarzał w duchu. Ruszył w kierunku kompostownika skrytego za wysokimi świerkami i krzakami jałowca. "I kto narzeka na gry? Że niby jest w nich agresja? Oto ja tu, w tej banalnej sytuacji toczę z góry przegraną bitwę z trzema największymi wrogami człowieka: zmęczeniem, bólem i głodem. I nie narzekam na przemoc, którą wobec mnie stosują. Walczę." Wyszczerzył zęby wytrząsając zieloną zawartość zbiornika. "Kiedy dogoni mnie starość", myślał wracając do kosiarki, "będę coraz słabszym wojownikiem, a atakujące hordy chorób i dolegliwości będą coraz liczniejsze". Wsunął zbiornik w zaczepy i włączył ostrze. Silnik zawarczał. "Dlatego muszę się hartować." Ruszył pod górę ignorując ból w kolanie i kręgach. "Żebym był przygotowany. Do ostatniej bitwy."

***

    - Zamyśliłeś się, przyjacielu? - spytał Grao-tsy Łinkomande pochylonego nad balustradą pomostu Kompucjusza Diuknuka.
    - Jesień to dobra pora do przemyśleń - odparł starzec.
    Tafla jeziora wydawała się nieruchoma, jak wypolerowana płaszczyzna ołowiu. Po niebie sunęła kołdra chmur.
    - A więc o czym myślałeś? - zagadnął Grao-tsy po chwili milczenia.
    Kompucjusz utkwił wzrok w dymach unoszących się z kominów oddalonych zabudowań.
    - Zastanawiałem się, co powiedzieć uczniom, by nie popadli w zimową melancholię. Wiesz, by ominęła ich depresja krótkich dni i długich nocy.
    Łinkomande pochylił głowę i uśmiechnął się pod wąsem.
    - Młodzież nie ma takich dylematów, mój drogi - powiedział. - To raczej my powinniśmy się zastanowić, jak przetrwać ten okres. Ja, na ten przykład, poczyniłem już pewne kroki...
    - Tak? - mężczyzna ożywił się. - Co zrobiłeś?
    - Sporządziłem listę tytułów, które obowiązkowo do wiosny muszę poznać, w spiżarni zainstalowałem pokaźnych rozmiarów zapas najlepszych konfitur, zaś w piwniczce utworzyłem zestaw ratunkowy składający się z win najprzedniejszych roczników.
    - Godna pochwały zapobiegliwość...
    - Skoro już o tym mowa... - Grao-tsy zatarł ręce. Było zimno. - Zapraszam cię na lampkę małego co nieco. Musimy o siebie zadbać.
    - Ale czekaj, poczekaj - zaprotestował Kompucjusz. - A moi uczniowie? Za piętnaście minut mam wykład!
    Łinkomande objął go za ramię i zbliżył swój orli nos do nosa rozmówcy.
    - A od czego mamy graodanów?
    Kompucjusz zamrugał. Po chwili wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu. Gdyby ktoś ich w tym momencie obserwował, stwierdziłby, że mistrzowie odmłodnieli o piętnaście lat. I pomyśleć, że wystarczyła tylko drobna refleksja, ot taka, że nie są niezastąpieni. Ołowiana tafla jeziora stała się znów czystą wodą. Alchemicznej przemiany dokonał młodzieńczy śmiech przyjaciół.

***

    Niedawno w naszej redakcji zadzwonił telefon. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że po drugiej stronie bardzo długiego kabla tkwił Grao-tsy Łinkomande.
    - Wybaczcie, że znów wysyłam do was list - tłumaczył się - ale nie mogę spać po nocach, bo ciągle prześladuje mnie pewna kwestia. Proszę, wydrukujcie jeszcze ten jeden raz, a obiecuję, że na jakiś czas dam sobie spokój.
    Telefon odebrał ManJAk, a że słabo zna chiński, powiedział tylko:
    - Ja, ja, jawohl - i odłożył słuchwkę.
    Na szczęście przytomnie zdążył całą rozmowę nagrać i kiedy zjawił się tłumacz, wszyscy ze zdziwieniem dowiedzieliśmy się, że owo "ja, ja" było obietnicą opublikowania kolejnego listu otwartego. Po zajściu, do gabinetu zaprosił go naczelny, który zapobiegliwie tydzień wcześniej zainstalował sobie dźwiękoszczelne drzwi i mimo szczerych chęci, nikt z załogi nie był w stanie usłyszeć przebiegu rozmowy. Nie pomogły szklanki przystawiane do ściany ani nawet stetoskop, który ktoś przypadkiem trzymał w biurku. Po godzinie ManJAk wyszedł. Był dziwnie czerwony na twarzy i jakby zamyślony. Tego dnia nikt go nie zaczepiał.
    Nazajutrz przyszedł listonosz. Wiedzieliśmy już, jaki prezent niesie. Oto jego treść:
    Drodzy czytelnicy. I znów nie mogę stać z boku patrząc, co się w świecie gier dzieje. Dlatego ten list. Ja i Kompucjusz z niepokojem przyglądamy się powszechnemu bałwochwalstwu czynionemu względem gier z serii Half-Life. Nawet Dżoj-sti Bald ostatnio do mnie zapukał i szukał mojej rady w tej materii. "Dżoj-sti", powiedziałem, "kropla wina wlana do morza zmienia jego smak", i zadzwoniłem do redakcji ŚGK, gdzie bardzo miły pan zgodził się (nie wiem tylko, dlaczego po niemiecku) na publikację moich epistolograficznych wynurzeń.
    Za niekoronowanego cesarza gier dających złudzenie osobistego uczestnictwa w ich świecie (czyli rozrywek nazywanych na zachodzie "FPP") uznaje się wspomnianego już Half-Life'a z dodatkami. Ja natomiast nie mogę przeboleć, że brać graczy zapomniała o tytule System Shock 2, którego recenzja ukazała się na kartach ŚGK dziewięć miesięcy po opisie "połowicznego życia". Ukończyłem obydwie te gry i osobiście uważam, że dzieło nieistniejącej już kompanii Looking Glass Studios jest o wiele lepsze.
    Zacznijmy od atmosfery zagrożenia, na którą powołują się miłośnicy H-L. Sprawa jest oczywiście kwestią gustu, jednak ja, podobnie jak inni mieszkańcy Grao-Lin, o wiele bardziej bałem się grając w SS2. Może dlatego, że w dziele tym kreowanie atmosfery niepewności nie polegało wyłącznie na zaskakiwaniu nagłym hałasem i pojawianiem się nie wiadomo skąd dziwnych stworów, lecz na snuciu coraz bardziej przerażającej historii statków kosmicznych Rickenbecker i Von Braun. Dla mnie, staruszka z siwą brodą, straszne jest to, co mogę zrozumieć, a właśnie wizja ukazana w SS2 jest bardzo spójna i przekonująca. Na końcu gry wiedziałem już dokładnie, jak rozpoczął się horror, w którym brałem udział, i skąd się wzięły istoty, z którymi miałem przerażającą przyjemność się zmierzyć. W dziele autorstwa kompanii Valve informacji takich nie uzyskałem, a dżentelmen w czarnym garniturze kończący wycieczkę po laboratorium Mesa, również niczego mi nie wytłumaczył.
    Inną rzeczą, która zwłaszcza Mish-kha Conq'owi rzucała się w jego młode oczy, jest opowieść wysnuta w obu tych grach. Otóż w H-L mamy do czynienia z małomównymi naukowcami, niewiele komunikującymi strażnikami i ryczącymi potworami. Owszem na biurkach i stolikach błyskają komputery, leżą książki i kartki, lecz są to tylko atrapy, z których żadnych dodatkowych treści gracz nie wyczyta. Fabuła SS2 zaś, opiera się w dużej mierze na rozsianych po pokładach statków głosowych zapiskach poczynionych przez załogantów. Moim, starczym zdaniem, aktorzy udzielający głosu do tych właśnie nagrań, wykazali się znakomitym wyczuciem atmosfery. Tak przekonujących i sugestywnych przekazów dawno już w grze nie słyszałem. Przy nich kwestie wygłaszane w H-L czy Deus Ex'się są sztywnym czytaniem z pergaminu! Po jakimś czasie gracz zaczyna identyfikować poszczególne osoby i z zaciekawieniem poznaje dalsze losy kilkunastu ludzi mających nieszczęście uczestniczyć w rejsie. Dzięki ich doświadczeniom bohater otrzymuje szereg ważnych informacji dotyczących czyhających na niego niebezpieczeństw. Zdarza się, że przy zwłokach znajduje log będący zapisem ostatnich chwil leżących u jego stóp postaci.
    Właśnie do mojego gabinetu wszedł Kompucjusz i przypomniał mi o kolejnej, niezwykle ważnej różnicy. Jest nią rolplejowy charakter System Shock'a. Tytuł ten oferuje wiele ścieżek rozwoju, które w bardzo wyraźny sposób zróżnicują postępowanie gracza. Bez odpowiedniej ilości punktów nie będzie mógł wykorzystywać pewnych broni, badać znalezionych artefaktów, a więc i z nich skorzystać, otwierać zamkniętych pojemników, łamać szyfrów, włamywać się do komputerów i wieżyczek strzelniczych. Szkolenie w dziale OSA daje zdolności psioniczne, w Navy - umiejętności techniczne i hakerskie zaś w Marines - znajomość wielu rodzajów broni. Tak więc grę można przejść na trzy różne sposoby! Pomijam takie przyjemności jak zużywanie i w końcu psucie się broni, korzystanie z implantów, powiększanie objętości plecaka, i wiele innych drobnych rzeczy czyniących rozgrywkę atrakcyjniejszą. Czy takie możliwości oferował Half-Life?
    Jeśli macie do mnie odrobinę zaufania, a nie graliście jeszcze w SS2, i nie zraża Was świadomość, że jest to gra sprzed dwóch lat (według mnie jej wizualność jest jak najbardziej do przyjęcia), wypróbujcie ten produkt. A kiedy to zrobicie, wypowiedzcie się, która gra jest lepsza. Pozdrawiam z górzystej prowincji Grao-Ciang. Tajemne znaki i uściski dłoni przekazują również Kompucjusz Diuknuk i graodanowie Dżoj-sti Bald i Mish-kha Conq.

Grao-tsy Łinkomande

***

    "Niedorozwój rządzi rozwojem, jak mawiają na zachodzie", myślał Grao-tsy Łinkomande przyglądając się półce z grami. "Szczerze mówiąc", ziewnął, "nie chcę wiedzieć, czy to przysłowie ma przełożenie na gry". Kolorowe pudełka mamiły wzrok sugestywnymi obrazami. "Wolę myśleć, że na naszym podwórku wszystko rozwija się ku wyższym bytom." Oparł się o rzeźbione oparcie krzesła. Cmoknął bijąc się z myślami. "Bo niby dokąd ma zmierzać? Do rynsztoka? Kto przy zdrowych zmysłach zgodzi się na taki kierunek?" Odwrócił się do okna. Lało. Szum deszczu nastrajał filozoficznie. "Ba. Słyszałem, że w zachodnich stacjach telewizyjnych najlepsze filmy nadawane są o północy. Bo niby przeciętni ludzie nie mieliby ochoty ich oglądać." Pokręcił głową. "Gdzie tu sens? W szkołach każą dzieciom czytać dzieła mistrzów wierząc, że lektury pobudzą ich do rozwoju, a co robią dorosłym?" Starzec usiadł na krześle i ułożył stopy na haftowanej w złote smoki poduszce. "W obawie, że nie zarobią na pozycjach ambitnych, serwują im łatwą papkę nie marnując czasu na rozmyślania, co byłoby lepsze w szerszym tego słowa znaczeniu." Patrzył, jak krople ściekają po szybie. Pokiwał głową. Na szklanych taflach królowało kilka głównych wodnych szlaków, do których dążyły wszystkie inne drobne strumyczki. "Czyż nie jest podstawowym prawem natury podążać po linii najmniejszego oporu?" Zamknął oczy i oparł głowę o zagłówek. "Czy człowiek musi temu prawu podlegać? Przecież odkąd zrobił mu się tak wielki łeb, że niejednokrotnie bez pomocy medycyny by się nie narodził, tak jakby przestał podlegać naturze..."

***

    Poranne słońce zastało mistrza gier, Grao-tsy Łinkomande'a w łóżku. "Słońce?", pomyślał, "słońce? Fantastycznie! Będzie ładny dzień!" Zerwał się z pościeli świeży i radosny.
    - Tralala, trrralala - nucił pod nosem odziewając się w mnisie szaty. - Nałożymy sandałki - mruczał - zawiążemy rzemyczki, podciągniemy tu i tam - wyrównał fałdy ubrania. - I gotowe!
    Stał z rozpostartymi rękami jakby oczekiwał czyjegoś przyjścia. I rzeczywiście w tym momencie drzwi jego sypialni otworzyły się i ujrzał w nich młodą, piękną kobietę. Zbliżyła się do niego bez słowa i lekko go popchnęła na łóżko. Sama przysiadła na rzeźbionej poręczy i patrzyła na niego orzechowymi oczami. Starzec nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Poprawił się na poduszkach i zapytał:
    - I co teraz, proszę pani?
    Kobieta zatrzepotała rzęsami, uśmiechnęła się i odrzekła:
    - Nie wiem, mistrzu. To twój sen, nie mój.

***

    Mistrz Kompucjusz Diuknuk odpoczywał po wyjątkowo męczącym wykładzie. Leżał na tarasie przykryty grubym kocem ozdobionym wizerunkiem tygrysa czającego się wśród bambusów. Do nauczyciela podszedł Mish-kha Conq.
    - Nie chciałbym przerywać twojego odpoczynku, mistrzu...
    - Nie chciałbyś, ale to robisz - skwitował starzec nie otwierając oczu. - Mów.
    - Oglądałem w telewizji ceremonię parzenia herbaty i... jestem zachwycony.
    Starzec uchylił jedną powiekę i przyjrzał się graodanowi.
    - A co wprawiło cię w zachwyt? - spytał.
    Młodzieniec przysiadł na omszałym murku.
    - Świadomość każdego ruchu i gestu. To po prostu poezja.
    - Mów dalej.
    - Brakuje mi w życiu codziennym chwil, kiedy wykonuję jakąś czynność tylko dla jej piękna: ot, zapraszam Dżoj-sti Balda na herbatę i razem uczestniczymy w... medytacji!
    Kompucjusz poprawił się na leżaku.
    - To prawda - powiedział - w dzisiejszych czasach wszystko jest robione szybko i byle jak. Istnieje jednak parę sposobów, które rozwiązują ten problem.
    - Tak?
    - Po pierwsze, możesz się nauczyć ceremonii parzenia herbaty, mamy w klasztornej spiżarni zestaw do celebracji, a po drugie, spróbuj traktować gry jak obiekty do medytacji.
    - To znaczy?
    - Kiedy następnym razem dostaniesz pudełko, wygodnie usiądź, powoli zedrzyj folię, zaciągnij się zapachem świeżej farby, niespiesznie otwórz opakowanie, zajrzyj do środka, jeszcze raz zerknij na pudełko i dopiero potem wyjmij zawartość. Następnie poświęć cały dzień na czytanie instrukcji i podziwianie płytki. Waż ją w ręku, patrz na tęczowe refleksy, gdy ją ustawić pod odpowiednim kątem, i dopiero następnego dnia zainstaluj.
    - Nie wiem, czy mi się uda. - wybełkotał blady młodzieniec.
    Diuknuk roześmiał się na głos.
    - Wystarczy - powiedział - że nie rzucisz folii na podłogę, lecz do kosza na śmieci, oraz, że zanim drżącymi rękami włożysz krążek o czytnika, zapoznasz się z instrukcją.
    - I to już będzie jak parzenie herbaty?
    - Z pewnego punktu widzenia...

***

    Mish-kha Conq zastał Dżoj-sti Balda w celi, w której rozbrzmiewała muzyka z "Gladiatora". Gość nie odzywał się, widział bowiem, że przyjaciel jest skupiony. Przysiadł na fotelu i postanowił poczekać aż utwór się skończy. Dżoj-sti zerknął na niego dając znać, że zauważył jego przyjście. Przy bardziej wzruszającym dźwiękowym akcencie z jego oczu pociekły łzy, a twarz wykrzywił grymas bólu. Opus skończył się.
    - Ile razy byłeś na tym filmie? - spytał graodan Conq.
    - Trzy - odpowiedział Dżoj-sti.
    - Zdaje się, że wywarł na tobie spore wrażenie?
    - Jest to jeden z najważniejszych obrazów mojego życia.
    Cisza ustąpiła miejsca następnej muzycznej scenie. Mish-kha również zaczął słuchać. Przed oczami stanęły sceny walki o honor i życie. Śpiew dochodzący z głośników opowiadał o życiu człowieka, który nie modlił się o to, by los go oszczędzał. Dżoj-sti znów zaczął bezgłośnie łkać. Mish-kha spokojnie patrzył na przyjaciela, w którego duszy budził się bohater.

***

    Dżoj-sti Bald wstał wcześnie rano. Zerknął przez okno. Szarzało. Przypomniały mu się obozy i warty od północy do rana. Otworzył skrzydło i zaciągnął się zapachem wilgotnej ziemi i trawy. Aromaty wywołały szereg wspomnień: spływ kajakowy, pierwsza wakacyjna miłość, beztroskie lata, kiedy poznawał pory roku, brud ziemi i chłód śniegu. "Ach te zapachy", myślał, "gdybyż tak do gier dodawać woreczki czy inne kapsułki z instrukcją: otworzyć przy drugim krążku, lub: odkręcić, gdy na ekranie pojawi się odpowiedni komunikat. Et, co ja wymyślam takie prymitywne rozwiązania, poczekajmy na generator zapachów z prawdziwego zdarzenia. W końcu żyjemy w epoce nanotechnologii..." Odwrócił się i spojrzał na komputer. "Chętnie powitałbym taką nowinkę. W recenzjach pojawiłyby się nowe stwierdzenia, na przykład: zapachowo gra mieści się w standardzie: woń rozgrzanego metalu, ozonu i świeżego powietrza to norma w strzelaninach FPP. Albo: Od strony oftalmologicznej to prawdziwa perełka. Podejdźcie do ekspresu do kawy, a poczujecie aromat najprawdziwszego espresso, rozmowa z blond pięknością oczaruje was bukietem ekskluzywnych perfum, zaś gdy zanurzycie się w lochach mieszczących się pod zamkiem, w nos uderzy atmosfera wilgoci i starości. Ostrzegam przed wkraczaniem do zamkowej kuchni. Tam z miejsca dostaniecie głodowych boleści i zapragniecie zanurzyć zęby w soczystym befsztyku, zaś do piwnicy z winami lepiej w ogóle nie zaglądać..."

***

    - Widzę, że się uśmiechasz, mistrzu. - odezwał się Dżoj-sti Bald do Grao-tsy Łinkomande'a.
    - Jestem szczęśliwy.
    - A co daje ci szczęście?
    - Twórczość. Na przykład dzisiaj ułożyłem taki koan: kula jest płaszczyzną zawiniętą w nieskończoność.
    - Piękne.
    Ponad nimi unosiły się białe obłoki. Od większych cumulusów odrywały się niewielkie strzępy. Jedne przypominały ptaki, inne anioły, a jeszcze inne - życzliwe oblicza.

***

    - Mistrzu, dlaczego początkującym akolitom ordynujemy gry role-playing lub ekonomiczne? - spytał graodan Mish-kha Conq Kompucjusza Diuknuka.
    - Aby wiedzieli, że niczego w życiu nie zdobywa się od razu... - starzec podrapał się w brodę - ...wyjąwszy takie cudowne zdarzenia jak wygrana na loterii, jednak gdy się uwzględni fakt, że trafienie szóstki w lotto jest siedmiokrotnie mniej prawdopodobne niż to, że grający zostanie trafiony piorunem, mówiąc inaczej, że prędzej cię siedem razi porazi grom niż zdobędziesz główną wygraną...
    - Już rozumiem, mistrzu.

***

    - Czasami trzeba wykazać się pokorą wobec kwestii, które nie mają jednoznacznych rozwiązań. - stwierdził Grao-tsy Łinkomande patrząc na komunikat "program wykonał nieprawidłową operację." - Oto siedzę przed komputerem, który chwilowo postradał zmysły, chociaż takowych nie posiada. - Ziewnął. - Nie, kochany, ja się nie dam. Zaaplikuję ci śmierć kliniczną... - wcisnął przycisk resetu - ...i przywrócę życie oraz równowagę psychiczną.
    Zamiast znajomej sekwencji ponownego uruchamiania systemu, monitor zaszczycił go dostojną i nieco przygnębiającą czernią.
    - Depresja? - zdziwił się mistrz.

***

    - Dla mnie gra to czyste, żywe mięso - stwierdził Mish-kha Conq. - Nie oglądam
    Intra, a wstawki filmowe mnie nie interesują. Koncentruję się na samej rozgrywce.
    - Ja z kolei - odezwał się Dżoj-sti - uważam, że gra to całość. Zwracam uwagę na wszystko: estetykę pudełka, jego zawartość, plansze instalacyjne, ekrany menu, cut-scenki, no i oczywiście na to, co nazywasz "żywym mięsem".
    - Et. Jesteś stary romantyk. Ja wyznaję pragmatyzm.
    - Określiłbym to inaczej. Ty grasz, a ja - przeżywam...

***

    "Błogosławieni przodkowie", modlił się Dżoj-sti Bald, "Wskażcie mi drogę. Dajcie znak, jak postępować szlachetnie. Co mam zrobić z tym akolitą?". Spojrzał na młodego ucznia, którego przydzielono mu na tygodniowy terminarz. Nazywał się Si-di Rom. Wiercił się przed monitorem, sapał, klikał, przebiegał palcami po klawiaturze i nie mógł przejść pierwszego starcia w grze "Max Payne".
    - Zatrzymaj się - powiedział spokojnie graodan. - Spróbujmy jeszcze raz.
    - Graodanie Bald - pryszczata twarz podopiecznego wywoływała uśmiech - ja już chyba wiem, jak to zrobić!
    Kierowana postać po raz kolejny zginęła groteskową śmiercią. Dżoj-sti westchnął.
    - Prosiłem, byś się zatrzymał. Po kolei. Wgraj ostatni sejw.
    Si-di wykonał polecenie.
    - I teraz - kontynuował opiekun - nie ruszaj się, dopóki nie uzgodnimy taktyki...
    - Taktyki? - zdziwił się uczeń. - Myślałem, że to gra zręcznościowa!
    "I pomyśleć", Dżoj-sti starał się pohamować wybuch złości, "że Grao-tsy w takich sytuacjach tylko łagodnie się uśmiechał."

***

    - Zagramy w karty? - spytał Mish-kha Conq Dżoj-sti Balda.
    - Kto gra w karty, ten ma łeb obdarty.
    - Ale w Magic'a...
    - A, to co innego. Chociaż wolałbym w Star Wars.
    - A ja bym wolał Magic'a.
    - Chcesz wygrać, co?
    - Ja? Nie...
    - A więc Star Warsy?
    - A ty nie chcesz wygrać?
    - No coś ty...
    - A więc w Magic'a?
    - Jesteś uparty!
    - A ty?
    - Ja? Nie.
    - A więc w Magic'a?
    - ...Idę po karty.

***

    - Uruchomiłem ostatnio Wing Commandera IV... - zwierzył się Grao-tsy Łinkomande Kompucjuszowi Diuknukowi - ...i nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
    - Co? - Kompucjusz uśmiechnął się porozumiewawczo - zestarzał się?
    - Wręcz przeciwnie.
    Diuknuk zatrzymał rękę wznoszącą filiżankę do ust.
    - Zapomniałem - kontynuował Łinkomande - jak dobrze może być zrobiona gra.
    - O? - mistrz wznowił ruch i wypił mały łyczek kawy z wanilią.
    - Wyobraź sobie: najpierw znakomity wstęp z lokomotywą i znakiem dolby surround, potem animowane logo firmy Origin, ale jakie! To współczesne... przepraszam, nie ma już Origin. Tak czy owak tamto było piękne. A potem napisy jak w filmie, tytuł i intro, którego nic chyba nie przebije.
    - Przesadzasz, przyjacielu - odparł Kompucjusz odstawiając filiżankę i sięgając po ryżowe ciasteczko.
    Grao-tsy smutno pokręcił głową.
    - Niestety, nie przesadzam. Intro bezpośrednio przechodzi w interaktywny film. W końcu zaczynasz grać nie wiedząc, że to już gra, bo co chwila pojawiają się wstawki wideo, i to jak zagrane... to są aktorzy, a nie studenci: John Rhys Davies, Malcolm Mc'Dowell, Mark Hamill... - starzec rozmarzył się.
    - Nie powiesz chyba, że zacząłeś grać w tego starocia? Który to już raz? Czwarty?
    Mentor znów potrząsnął głową.
    - Widzisz, to właśnie chciałem ci powiedzieć. Ja nie zacząłem grać. To Wing Commander zaczął grać mną. Przypomniałem sobie, co znaczy, że gra wciąga. To nie jest odkurzacz, czy wentylator. To jest tornado najwyższego stopnia.
    Diuknuk przeżuwał ciastko i słowa rozmówcy.
    - To wszystko - popił kawą - bardzo ciekawe. Ale dlaczego mi to mówisz?
    Grao-tsy poprawił fałd szaty.
    - Aby dać świadectwo. The Price of Freedom powstała w roku 1996. Jedenaście lat temu. Wraz z upływem czasu dobre gry oddalają się w pamięci graczy jak wzgórza, coraz bardziej blade i przysłaniane przez nowe tytuły. Jestem przekonany że WC IV długo jeszcze będzie widoczny na horyzoncie przeszłych hitów. I to nie jako jakiś tam zielony pagórek, ale majestatyczny, pokryty śniegami ośmiotysięcznik...

***

    Lało. Niespokojny wiatr targał okiennicami. Gdzieś w oddali wył pies. Dżoj-sti Bald nie wiedział o tym, gdyż od kilku godzin miał słuchawki na uszach i grał w "Alone in the Dark". Możemy jednak być pewni, że silne opady, źle zamocowane okiennice i nerwica wioskowego kundelka nie stanowiły najmniejszej konkurencji dla dzieła Darkworks. Wyżej opisane okoliczności nie spowodowałyby u graodana powstania włosów na głowie. Zaś gra i owszem...

***

    - Zanuurzam się, zanuurzam. Genialne, genialne, zawsze chciałem być ribą, sibą, sibą... - mruczał do siebie Kompucjusz Diuknuk wciśnięty głęboko w skórzany fotel. Żarzący się przed nim monitor przedstawiał świat "Archimedean Dynasty". - Z oceanu powstałeś, do oceanu wrócisz, graaahhh, blum, blum, gul, gul, - starzec łagodnie się kołysał, jakby był popychany przez niewidzialne podwodne prądy. - Co za wspaniała terapia, akwaterapia, aż chce się... - wykonał okrężne ruchy rękami udając, że płynie crowlem - aż chce się popływać i pooddychać... wodą. Wooodą... - wcisnął pauzę i zacisnął usta. Uniósł lekko głowę, jakby próbował sobie o czymś przypomnieć. - Czegoś tu brakuje - powiedział na głos. - A. Już wiem.
    Wyszedł z gabinetu. Po chwili wrócił z miednicą pełną wody pachnącej solą do kąpieli "morska bryza". Postawił ją pod biurkiem, zzuł sandały i zanurzył w niej stopy. Jego twarz wypełnił błogi uśmiech.
    - Noo - wysapał - teraz to co innego. - Wyłączył pauzę. - Genialne, genialne - szeptał - zanuurzam się, zanuurzam...

***

    - Czemu się smucisz? - zapytał Kompucjusz Diuknuk Mish-kha Conq'a.
    Młodzieniec podniósł na niego wilgotne oczy.
    - Czy smutek nie jest szlachetnym uczuciem? - spytał.
    - Jest. Ale jaka jest jego przyczyna?
    - Pokłóciłem się z Dżoj-sti Baldem.
    Kopmucjusz usiadł na kamiennym murku obok graodana.
    - O co poszło? - spytał.
    - Różnica zdań. - odparł pociągając nosem Mish-kha.
    - Ech, młodzież, młodzież - westchnął mentor. - Kiedy pojmiecie, że to właśnie różnice są na tym świecie najciekawsze?
    - Nie rozumiem. - chłopiec głębiej odetchnął.
    - Czy dowiedziałbyś się czegoś nowego, gdybyście się we wszystkim zgadzali?
    - Raczej nie.
    - Właśnie. - Starzec potarł kolana i zamyślił się.
    - Myślałem, że jako gracz lubisz konfrontacje - odezwał się po chwili milczenia.
    - ?
    - Matematyczna definicja mówi, że gra to model sytuacji konfliktowej...

    - Ja teraz pracuję - Powiedział ze złością Grao-tsy Łinkomande widząc, jak przez uchyloną w drzwiach szparę wsuwa się głowa Dżoj-sti Balda.
    - Mistrzu - zaczął przepraszająco graodan - tylko maleńka sprawa. Obiecuję...
    - Jak się zacznę zajmować twoją "maleńką sprawą", umknie mi myśl, a żeby ją później odtworzyć, będę musiał... No tak. - twarz mentora przybrała złowrogi wyraz. - Już nie wiem, o czym miałem napisać.
    Młodzieniec struchlał.
    - Słucham - odezwał się grobowym głosem stary człowiek - z czym do mnie przyszedłeś?
    - Ze... skargą...
    - Bardzo ciekawe - odparł mechanicznym głosem Grao-tsy. - Kontynuuj.
    - Chciałem, byś mistrzu uregulował godziny odwiedzin akolitów w celi mojej i Mish-kha Conq'a. Oni przychodzą kiedy chcą z różnymi błahymi sprawami i... - chłopiec przygryzł wargę - przeszkadzają nam...

***

    Był rześki, pogodny poranek. Mish-kha Conq, bardzo z siebie zadowolony, siedział przed komputerem i pisał recenzję gry. Obok klawiatury stała świeżo zaparzona kawa z dodatkiem wanilii. Mały mosiężny zegarek stojący na mnisim biurku wskazywał szóstą trzydzieści.
    - Hm, hm - nucił pod nosem - kto rano wstaje, temu Budda daje... Hm, hm...
    Na zydelku, który stał obok jego krzesła spoczywał talerz z kilkoma rodzajami serów.
    Wziął jeden z nich i włożył do ust.
    - Mmm... - mruczał zachwycony - Zapach obory, krowiego łajna, łąki i świeżej śmietany. Czyż może być coś piękniejszego? Połączenie brudu i czystości, brzydoty i piękna. Po prostu ideał.
    Nagle przestał żuć i spojrzał w kierunku przeszklonej szafki, gdzie stały ulubione gry. Jego wzrok spoczął na "Tormencie". "Muszę napisać rozprawę o tym tytule. Kto wie? Może nawet pracę doktorską? Rozpocznę tak: Planescape jest jak dobry pleśniowy ser. Odrażający i piękny."

***

    Obiad był bardzo syty. "Nie powinienem był prosić o dokładkę.", pomyślał Kompucjusz Diuknuk odpoczywając w cieniu lipy. "Ta karkówka była ciut przytłusta." Rozejrzał się bezradnie, jakby wśród ogrodowych roślin znajdowało się remedium na przejedzenie. "Może by mięty?", zastanawiał się patrząc na ziołową rabatkę. "No tak. Tylko kto mi ją zaparzy? Do klasztornej kuchni daleko, akolici i graodanowie pracują lub się resetują... Impas." Starzec westchnął. "Oj, Kompucjuszu, Kompucjuszu, sam siebie zagnałeś w kozi róg. Do dyspozycji masz wątłe siły, nie zostawiłeś żadnych odwodów, oddaliłeś się od bazy a w dodatku od początku wiedziałeś, że tak będzie. Taki z ciebie strateg." Mentor rozparł się wygodniej na leżaku. "Skoro śmierć z przejedzenia jest nieunikniona, niech mnie zastanie w komfortowej pozycji." Spojrzał na niebo prześwitujące między ciemnymi liśćmi drzewa. "Dobrze mówił staruszek Freud, że oprócz życiodajnego Erosa tkwi w nas destrukcyjny Tanatos... Przegrywamy wcale nie dlatego, że los nam nie sprzyja, lecz po prostu dlatego, że sami tego chcemy..." Ból w brzuchu przypomniał o zbyt sutej biesiadzie. "Śmierci, przybywaj..."

***

    - Cogito, ergo sum - rzekł pewnego razu mistrz gier, Kompucjusz Diuknuk.
    - Słucham? - Grao-tsy Łinkomande był tak pochłonięty obserwacją halo wokół słońca, że nie dosłyszał.
    - Przytoczyłem łacińskie przysłowie, mówiące o tym, że jeśli myślę, to jestem.
    - Aha. Bardzo ciekawe. Ładne halo, prawda?
    - Piękne. Widzisz te dwa odbicia po bokach słońca?
    - Tak. Mamy teraz trzy gwiazdy.
    Przez chwilę stali w milczeniu podziwiając rzadkie zjawisko.
    - Więc mówisz, że jak myślisz, to jesteś? - spytał Grao-tsy.
    - Tak.
    - A jak grasz?
    - To oczywiście też jestem, bo też myślę.
    Łinkomande uśmiechnął się chytrze.
    - Tak, drogi przyjacielu, wiem, że jesteś, tylko powiedz mi, gdzie?

***

    - Mistrzu, dlaczego kazałeś wybudować w Grao-Lin gigantyczną wieżę? - spytał Dżoj-sti Bald zadzierając wysoko głowę.
    Grao-tsy Łinkomande również spojrzał w górę. Szczyt wąskiej jak ołówek wieżycy ginął w chmurach.
    - Widzisz, drogi chłopcze, człowiek od czasu do czasu potrzebuje spojrzeć daleko, bardzo daleko. Poza widnokrąg. Nasz klasztor położony jest w dolinie, otoczony przez góry. Zdecydowałem, że dobrze będzie, jeśli czasami popatrzę na świat ponad ich wieńcem.
    - Ciekawe, w co ostatnio grałeś, że wpadłeś na taki pomysł.
    Starzec machnął ręką w geście zniecierpliwienia.
    - Gry, gry. Bawimy się w te cacka zapominając, że nie są to byty samoistne. Skonstruowali je twórcy. Ludzie z wyobraźnią, patrzący dalej niż przeciętni zjadacze chleba. A my siedzimy w tym padołku i wydaje się nam, że zjedliśmy wszystkie mądrości. Gramy i oceniamy. Tak naprawdę daleko nam do ludzi, którzy stworzyli testowane przez nas produkty... - Mistrz zmęczony swoją przemową zwiesił głowę i pogrążył się w zadumie.
    - A więc stąd ta wieża. - powiedział cicho graodan.
    - Stąd - odrzekł mentor. - Mam nadzieję, że dla oka przywykłego do tego samego widoku górskich łańcuchów, przestrzeń widziana ponad ich szczytami będzie natchnieniem i inspiracją...
    - Czyżbyś miał zamiar zająć się twórczością, mistrzu? - zdziwił się młodzieniec.
    Stary człowiek uśmiechnął się i położył dłoń na ramieniu rozmówcy.
    - Najwyższy czas, mój drogi, najwyższy czas.

***

    - Od dzisiaj nazywaj mnie Muad'Dib. - rzekł Mish-kha conq do Dżoj-sti Balda.
    - Dobrze, Muad'Dibie - odparł śmiejąc się graodan. - Czy możesz w związku z tym nazywać mnie Christopherem Blairem?
    - Zgoda, pułkowniku.
    - W twoich włosach widzę piasek - stwierdził zdziwiony Dżoj-sti.
    - W twoich oczach widzę gwiazdy - odparł nie mniej zaskoczony Mish-kha.

***

    - Gry to gry. W życiu prywatnym nie mają na mnie najmniejszego wpływu. - Stwierdził Grao-tsy Łinkomande zaciągając się wieczornym powietrzem.
    Obok stali inni mieszkańcy Grao-Lin cieszący oczy pięknym zmierzchem. Grały cykady.
    - Wspaniały surround - stwierdził starzec. - No i ta gama kolorów. Będzie ze trzydzieści dwa miliony...

***

    - Wiesz, miałem wczoraj ciekawą lekcję z klasztornym medykiem. - zagaił Dżoj-sti Bald do Mish-kha Conq'a.
    - No?
    - Pokazał nam rycinę przedstawiającą koziołka, którego przed chwilą zdekapitowano. Tułów klęczał z szyją przytuloną do pieńka, a spoczywająca na trawie głowa smętnie patrzyła w dal.
    Mish-kha wzdrygnął się.
    - Makabryczna wizja - stwierdził.
    - Czekaj, bo to nie koniec. Wykładowca zadał nam pytanie: "gdzie jest koziołek?". Frapujące, nieprawdaż?
    - Niezłe, niezłe. Niby tam, gdzie głowa. Bo raczej nie w korpusie.
    - Mnie się też tak wydaje.
    - He, he.
    - Z czego się śmiejesz?
    Mish-kha zrobił dziwną minę.
    - Kiedy siedzisz i grasz w jakąś grę, to twoje ciało z całą pewnością spoczywa przed monitorem, czy tak?
    Dżoj-sti nadął policzki.
    - Oczywiście.
    - A twoje myśli, czyli twoja głowa? Gdzie ona jest?
    Graodan rozejrzał się nerwowo.
    - W... grze. Ale czekaj! - wykrzyknął - Nie mów mi, że jak gram, to mam ucięty łeb!
    - Nie bój, nie bój, gołąbeczku - Mish-kha wyraźnie dobrze się bawił - ja się tylko zastanawiam, czy koniecznie trzeba używać topora, by zacząć dywagować, gdzie jest koziołek. Może wystarczy go posadzić przed komputerem?

***

    - Czy powstała jakaś gra dla starych ludzi? - spytał pewnego poranka Dżoj-sti Bald Grao-tsy Łinkomande'a.
    Ten przerwał słoneczną kąpiel, zdjął ciemne okulary i popatrzył na graodana.
    - Czy nie przerabiałeś jeszcze teorii analizy transakcyjnej?
    - Dopiero za rok, mistrzu.
    Starzec odetchnął.
    - Aha. To tłumaczy twoją niewiedzę. Zatem odpowiem ci. Każda gra jest dla starych ludzi, o ile potrafią odnaleźć w sobie dziecko.
    - To ciekawe! - zapalił się młodzieniec - Czy mógłbyś...
    - Dobranoc - przerwał mu mentor zakładając na nos okulary i układając się wygodniej na leżaku.
    - Ale... - próbował protestować chłopiec.
    - Za rok.

***

    Grao-sty Łinkomande podsypiał na bujanym fotelu w cieniu orzecha, zaś Dżoj-sti Bald wysiewał nasiona trawy na pobliskim skrawku czarnej ziemi. Nagle starzec poderwał się.
    - Na Buddę! - krzyknął.
    - Co się stało, mistrzu? - młodzieniec przerwał pracę. Ziarna przesypywały mu się między palcami.
    - Ja grałem w "Dam Busters"!
    - Co takiego?
    - To stara gra na ZX Spectrum. Zupełnie o niej zapomniałem. - Starzec opadł na oparcie. - Kiedy leżałem, wspomnienia o niej powróciły do mnie w tak wyraźnej formie... Kiedyś nie było Grao-Lin. Razem z Kompucjuszem zaczynaliśmy gierczaną przygodę pod płótnem mnisiego namiotu... Niesamowite. Te obrazy wywołały we mnie wielką radość. Czuję się tak, jakbym otrzymał od siebie samego prezent.
    - To bardzo ciekawe, mistrzu.
    - Od jutra wprowadzamy nowy zwyczaj do klasztoru.
    - O? - zdziwił się graodan.
    - Oprócz grania, pisania i pracy w ogrodzie, akolici będą mieli obowiązek leżakowania na świeżym powietrzu. Nazwiemy ten obrządek... resetowaniem umysłu!

***

    - Grałem ostatnio w Gabriela Knight'a 3 - zagaił do Mish-kha Conq'a Dżoj-sti Bald - i bardzo mi się podobał. Raz byłem Gabrielem, raz Grace Nakimurą, raz mężczyzną, raz kobietą.
    - Czyżbyś tęsknił za... zmianą płci?
    Mish-kha nerwowo się zaśmiał
    - Nie zrozum mnie źle - powiedział lekko się rumieniąc. - Lecz czy nie zdarzało ci się zastanawiać, co by było, gdybyś nie był chłopcem, lecz dziewczyną?
    - Od czasu do czasu...
    Upał zalewał klasztorne ogrody. Młodzieńcy tęsknie spojrzeli w kierunku plaży na drugim brzegu jeziora, gdzie kąpała się dorodna młodzież z okolicznych wsi.

***

    - Dobre czereśnie? - spytał Mish-kha Conq widząc, jak jego przyjaciel Dżoj-sti Bald konsumuje owoce.
    Jedzący spojrzał na niego mrużąc oczy.
    - Wyglądają ładnie - odparł - ale mają mało smaku i są jakieś kwaśne.
    - Niemożliwe - zdziwił się Mish-kha - takie czerwone czereśnie...
    - Nowe odmiany, proszę ciebie. Wizualnie wspaniałe, tylko w środku czegoś brakuje.
    Mish-kha uśmiechnął się i usiadł obok graodana.
    - Gdyby ktoś nas teraz podsłuchał, mógłby odnieść wrażenie, że rozmawiamy nie o owocach lecz o niektórych grach...

***

    - Kolejna kawa? - spytał Dżoj-sti Bald widząc jak przyjaciel sączy filiżankę czarnego płynu. - Sądząc po ilości pustych naczyń na twoim biurku to chyba siódma?
    Mish-kha Conq wybałuszył na niego nieprzytomne oczy.
    - Proszę ciebie, tak. A co, że się tak wyrażę, rozumiesz mnie? - zamknął usta dłonią i obrócił przekrwiony wzrok w stronę monitora.
    - Czy mnie o coś pytałeś? - Dżoj-sti był zdezorientowany.
    - Generalnie mam wrażenie, że prawdopodobnie nie.
    - Człowieku, w co ty grasz? - graodan był wyraźnie zaniepokojony.
    - Gram, gram, gram - odpowiedział Mish-kha nerwowo kręcąc myszą.
    Dżoj-sti zerknął w ekran. Westchnął.
    - Oczywiście Fallout Tactics?
    - Gram, gram, gram. - Mish-kha zwrócił w stronę rozmówcy szalone spojrzenie, by za moment niespokojnie śledzić całkowicie statyczny obraz.
    - Zaraz, zaraz, przecież to dopiero druga misja. Więc czemu jesteś tak wyczerpany?
    - Gram, gram, gram.
    Dżoj-sti podrapał się w łysą głowę. Z jego przyjacielem działo się coś niedobrego.
    Wygląd wyraźnie wskazywał na spędzenie co najmniej trzech dób przed komputerem. "Dlaczego to dopiero druga misja?", myślał gorączkowo. "Gram, gram, gram... może to jakiś szyfr?" Bezwiednie spojrzał na porozrzucane po podłodze pudełka. "Fallout, Fallout 2 i Fallout Tactics..." Zamyślił się. "Trzy gry!" , myśl wybuchła w jego głowie jak supernowa, "Gram, gram, gram znaczy skończyłem jedynkę, dwójkę a teraz zamierzam skończyć tactics!" Mnich spojrzał na przyjaciela ze współczuciem zdając sobie sprawę, że amok może być przerwany tylko na dwa sposoby: naturalne wyczerpanie, bądź ukończenie gry. Sądząc po aktualnej kondycji młodzieńca, bardziej prawdopodobny wydał się pierwszy scenariusz.
    - A więc... grasz, grasz, grasz? - spytał cicho Dżoj-sti.
    - Gram, gram, gram - odpowiedział głos opętanego.

***

    - Wiesz - zwrócił się pewnego słonecznego dnia Dżoj-sti Bald do Mish-kha Conq'a - zacząłem grać w Ultimę Ascension i... nie wiem, co o niej myśleć.
    - Nie wciąga?
    - Może i wciąga, ale... nie od razu.
    - To chyba typowe w rolplejach?
    - Taa... ten jest chyba podwójnie typowy.
    - To znaczy? - graodan Conq był zaintrygowany.
    - Ma dwie instrukcje obsługi, dwa intra i dwie sekwencje zapoznające z grą. Ciekawe czy i fabuły będą dwie...
    - No, no, trochę hartu ducha, wytrwałości...
    - Nic z tego.
    - Co?
    - Na początku gry cyganka orzekła, że moją cnotą jest uczciwość - w ręku młodzieńca błysnęła karta tarota. - Honesty, proszę ciebie.
    - Nosisz tę kartę cały czas przy sobie?
    - Tak.
    - Dlaczego?
    - Dziwnie do mnie pasuje.
    - I twierdzisz, że Ascension cię nie wciągnęło?

***

    - Mistrzu - Dżoj-sti Bald zastał Grao-tsy Łinkomande'a przycinającego różany krzew. - Grałem ostatnio w Black & White...
    - Znakomity wybór - pochwalił starzec nie odrywając się od pracy.
    - Mam... wątpliwości natury religijnej.
    - O? - Mentor przerwał i odwrócił się do młodzieńca.
    - Czy wypada wcielać się w boga?
    Twarz Łinkomande'a rozpromieniła się. Myślący podopieczny jest skarbem dla nauczyciela, lecz uczeń szarpany przez moralne konflikty - to prawdziwy sukces!
    - Kochany chłopcze - Grao-tsy objął graodana i ruszyli razem aleją. - To tylko gra - głos mężczyzny był miękki i spokojny. - Przypomnij sobie - ciągnął - jeden z moich ostatnich wykładów o centralnej części psychiki.
    - Ten, w którym były przykłady z Diuny i Matrixa?
    - Ten sam. Pamiętasz, mówiłem, że obrazowany w filmach czy grach główny bohater symbolizuje centrum duszy. Ma on często atrybuty boskie, właściwe dla proroków wielkich religii...
    - Taki był Muad'Dib z Diuny i Neo z Matrixa...
    - O, widzisz, pamiętasz. Więc nie przejmuj się "boską rolą" z Black & White. Ona tylko szkoli twoje centrum.
    - Więc świat gry jest odzwierciedleniem mojej psychiki?
    - W pewnym sensie tak. Widzisz w niej to, co masz w sobie. A twoje boskie alter-ego kształtuje zarówno wirtualną rzeczywistość jak i wewnątrzpsychiczne uniwersum...
    - Mniej więcej miesiąc temu rozmawiałem na ten temat z Mish-kha Conq'iem.
    Mówił to samo. Myślałem, że przesadza.

***

    Kawowe lody były wyśmienite. Dżoj-sti Bald i Mish-kha Conq raczyli się nimi w cieniu parasola. Sto metrów dalej rozciągała się nadmorska plaża.
    - Ty też masz z ananasem? - spytał Mish-kha.
    - Yhm.
    - Wiesz co?
    - Hm?
    - Od września zaczynamy w Grao-Lin zajęcia...
    - I?
    - Dostaniemy własnych asystentów!
    - Podnieca cię to?
    - Bracie! Akolici! To tak, jakbyśmy byli mistrzami! Będą nas słuchać z otwartymi gębami a my będziemy się mądrzyć! Genialne!
    Dżoj-sti Bald zastanowił się. Po chwili spojrzał z ukosa na rozmówcę, uśmiechnął się krzywo i spytał:
    - Podpuszczasz mnie?
    Mish-kha puścił do niego perskie oko.
    - Brawo - odparł. - Jak mnie złapałeś?
    - Wiesz... - Dżoj-sti starał się zatuszować uczucie dumy - granie w Gangsters 2 wyostrza czujność...

***

    Minęło skwarne lato, przebrzmiała wilgotna jesień, a brzydka i nikomu niepotrzebna zima uparcie dzierżyła berło sezonowej władzy. W połowie kwietnia pąki na drzewach wciąż nie śmiały rozwinąć listków bądź kwiatów, zaś ptactwo miast śpiewać na całe gardło głosząc nadejście wiosny, cicho popiskiwało po okapami dachów, uskarżając się na przejmujące zimno.
    W klasztorze prowadzonym przez mistrza gier Grao-tsy Łinkomande'a panował chłód. Ciągnęło zwłaszcza od marmurowych posadzek. Płomienie w gigantycznych kominkach podtrzymywane były na minimalnym poziomie, gdyż zapasy brzozowego drewna były na wyczerpaniu. Wszak był już kwiecień. Akolici szczękali zębami w swoich celach i okutani w kożuchy z futra jaków dokonywali gierczanej ascezy. Jednym z nich był Dżoj-sti Bald grający w Imperium Galactica II. Nic dziwnego, że kolonizując nowe światy omijał wszystkie lodowe planety...

***

    - Czym się tak smucisz, drogi Mish-kho? - spytał ucznia Kompucjusz Diuknuk.
    - Pomyślałem o osobach niewidomych, mistrzu - zwierzył się graodan. - Oni nie mogą cieszyć się grami komputerowymi tak jak my.
    - To prawda - westchnął starzec. - Ta rozrywka jest wciąż domeną wrażeń wzrokowych.
    - A przecież - zastanowił się chłopiec - nie musi tak być.
    Mężczyzna spojrzał z zainteresowaniem na podopiecznego.
    - Co masz na myśli?
    - Istnieją aplikacje umożliwiające sterowanie programu głosem, prawda?
    - W ograniczonym zakresie tak. - przyznał Kompucjusz.
    - Więc możliwe jest stworzenie gry przypominającej klasyczny rolplej!
    - Jak ją sobie wyobrażasz?
    Młodzik zapalił się:
    - Sugestywna przestrzenna muzyka, mnóstwo odgłosów dobiegających z otoczenia: zawodzenie wiatru, krakanie wron, odgłos upadających kropli deszczu, gdzieś w oddali wycie psa, tajemnicze szuranie, tupot nóg, sapanie... i miękki głos narratora opisujący lokację i możliwe do wykonania akcje.
    - Interesujące...
    - Wtedy gracz mówi: "zbadaj pierwszy przedmiot", lub "rozejrzyj się", albo "zbadaj drzwi", czy "idź na północ". Wtedy lektor, zupełnie tak jak mistrz gry, ciągnie opowieść odkrywając przed siedzącym przed komputerem tajemnice zawikłanej intrygi...
    - To znakomity pomysł, drogi chłopcze! - zachwycił się nauczyciel. - Masz rację, przecież klasyczne rolpleje rozgrywają się wyłącznie w wyobraźni graczy, a komputer oprócz zawodowego narratora może dostarczyć znakomitej muzyki i efektów!
    Graodan był wyraźnie zadowolony z pochwał mistrza. Przerwali rozmowę, by posłuchać odgłosów otoczenia...

***

    Wiał silny wiatr. Mish-kha Conq i Dżoj-sti Bald wracali z wyprawy po owoce lasu. Wiklinowe kosze jak zwykle świeciły pustkami, bowiem zamiast rozglądać się za zdobyczą przyczajoną w cieniu poszycia, przyjaciele wdali się w zażartą dyskusję o Imperium Galactica II. Silne podmuchy szarpały mnisimi szatami.
    - Naprawdę tak uważasz? - pytał Dżoj-sti Bald - Sądzisz, że teraz powinienem zbudować kilka fabryk statków kosmicznych i usiłować wejść w dobre układy z Shinari?
    - W innym wypadku wykończą cię Kra'hen - odparł zdecydowanie Mish-kha.
    - Mój boże, mam nadzieję, że zdążę.
    Wyjątkowo silny podmuch omal nie wyrwał mu z ręki kosza. Zbliżali się do klasztoru.
    - A... - Dżoj-sti usiłował przekrzyczeć wichurę - Gdyby tak szpiegami?!
    Mish-kha machnął ręką.
    - Za duże ryzyko i zbyt długo! Jedyne co możesz jeszcze zrobić to wstrzymać autobudowę i kupić u handlarzy kilka statków!
    - Masz rację!
    Weszli do klasztoru. W hallu przywitał ich zatroskany Grao-tsy Łinkomande.
    - Dzieci! - wykrzyknął. - Jak można wychodzić w taką pogodę! Przeziębicie się przez ten wiatr!
    Graodanowie spojrzeli na siebie ze zdziwieniem.
    - Jaki wiatr? - spytali jednocześnie.

***

    - Jak można nie wierzyć w istnienie duszy, jeśli wierzymy w istnienie programów? - spytał pewnego razu Grao-tsy Łinkomande Kompucjusza Diuknuka.
    - Co masz na myśli? - spytał starzec, nieco skonfundowany.
    - Co to jest? - spytał Łinkomande wskazując palcem komputer stojący na jego biurku.
    - Komputer - odrzekł Kompucjusz, którego fizjonomii nie opuszczało zdziwienie.
    - Tak jest - przyznał Grao-tsy. - Czy bez oprogramowania na coś się nada?
    Diuknuk uśmiechnął się zażenowany.
    - Nie zadawaj banalnych pytań - rzekł i usiadł na wyszywanej złotą nicią sofie.
    Właśnie - wąsy i broda mężczyzny ułożyły się w szeroki uśmiech. - Nie nada się na nic!
    Podszedł drobnymi kroczkami do siedzącego i nalał mu zielonej herbaty.
    - A... widziałeś kiedyś program? - spytał słodkim głosem.
    - Chyba żartujesz - zdumiał się Kompucjusz zbliżając filiżankę do ust - tysiące programów. Zaczynając od dosa, poprzez windowsy, edytory...
    - Nie o to pytam - przerwał Grao-tsy wypijając łyczek i siadając na rzeźbionym karle. - Chodzi mi o to, czyś widział kiedyś sam program, czy go dotknąłeś, czy fizycznie go, drogi przyjacielu, percypowałeś?
    Diuknuk odstawił naczynie. Podparł brodę i popadł w zadumę.
    - Program - zaczął niepewnie - to matematyczny algorytm istniejący albo na papierze w postaci umownych znaków informatycznego pisma, albo w postaci magnetycznej, cyfrowej, wreszcie, gdy zostanie zaimplementowany w komputer, rezyduje tam pod postacią setek tysięcy przepięć, przepływów i elektrycznych zależności... Nie, nie można dotknąć programu.
    - Otóż właśnie - Łinkomande był wyraźnie zadowolony. - A teraz mi powiedz - podjął wypiwszy kolejny łyk. - Czy komputer można porównać do mózgu, no powiedzmy, do bardzo prymitywnego ośrodka nerwowego?
    - Myślę, że tak.
    - Sądzę, że wiesz, iż w naszej głowie bezustannie płynie prąd, zupełnie tak, jak w komputerach?
    - Można przyjąć takie porównanie.
    - Czy bez tego prądu nasze mózgi generowałyby myśli?
    - Oczywiście, że nie.
    - Zupełnie tak, jak komputery bez oprogramowania nie byłby w stanie przeprowadzić żadnej operacji?
    - Sugerujesz, że komputer bez programu jest tym samym, co martwy mózg? - oczy Kompucjusza rozszerzyły się.
    - A dusza jest nieporównywalnie bardziej skomplikowanym, lecz opartym na tej samej zasadzie co program, nieuchwytnym bytem... - dokończył Grao-tsy.

***

    - Wyjeżdżasz, mistrzu? - spytał Dżoj-sti Bald widząc Grao-tsy Łinkomande'a wychodzącego z budynku klasztoru i ładującego kufer do kolaski.
    Starzec zatrzymał się i odwrócił do podopiecznego.
    - Na kilka dni - odrzekł. - Muszę pomyśleć.
    - Czyżby nasze ogrody i twój, mistrzu, gabinet już ci nie wystarczały?
    Mężczyzna uśmiechnął się.
    - "Człowiek potrzebuje zmiany", jak mawiał książę Leto z Diuny. "Śpiący musi się przebudzić".
    - Czyżbyś miał kłopoty ze snem? - Młodzieniec wyraźnie nie rozumiał przenośni.
    - Nie, drogi graodanie - Stary człowiek położył rękę na jego ramieniu. - Wierz mi, że nic tak nie pobudza świadomości, czyli czuwającej, nie śpiącej, części naszej osobowości, jak wyjazd.
    - I co będziesz robił na tym wyjeździe?
    - Będę czynił to, co wszyscy robimy zbyt rzadko: spróbuję sobie przypomnieć, kim jestem.

***

    - Właśnie kupiłem najnowszą, bardzo reklamowaną grę! - chwalił się Dżoj-sti Bald Mish-kha Conq'owi.
    - Jaki tytuł?
    - Life!
    - To jakaś nowość? Pokaż pudełko. - Dżoj-sti wręczył mu opakowanie. - Całkiem ładnie wydana... Dziwne, że nie słyszałem. Ciekawe, co piszą na odwrocie. "Gra Life jest jak prawdziwe życie. Nużąca, męcząca, czasami nudna i nie ma w niej żadnych reguł."

***

    - Skonam, a odpocznę - oświadczył Grao-tsy Łinkomande kładąc się na ręczniku.
    Dwadzieścia metrów dalej szumiał ocean. Sto dwadzieścia kilometrów na północ szumiał wiatraczek procesora jego komputera, z którego pod nieobecność mistrza, okazyjnie korzystał Dżoj-sti Bald.

***

    - Czy pamiętasz, drogi chłopcze, że na dzisiaj miałeś skończyć artykuł o Black & White? - spytał Kompucjusz Diuknuk graodana Mish-kha Conq'a.
    - Wiem, mistrzu, lecz obawiam się, że tej gry nie da się zrecenzować.
    - O? Czyżby zabrakło ci talentu?
    - Nie... Gdybym chciał ją opisać, musiałbym przedstawić własną charakterystykę. Ta gra jest jak lustro. Odbija osobowość gracza...
    - Jesteś pewien?
    - Po spędzeniu z nią kilku dni widzę to Czarno na Białym...

***

    - Teraz moja tura. - oświadczył Dżoj-sti Bald.
    Mish-kha Conq stanął nieruchomo, ukryty za malachitową kolumną klasztornego westybulu. W ręku ściskał kawałek kija od biedy mogący naśladować karabin maszynowy.
    - Ruszam się za trzy punkty... - powiedział Dżoj-sti zbliżając się do załomu muru, uważnie odmierzając trzy kroki. - ...teraz za kolejne trzy wyjmuję z plecaka stim-packa i leczę... - rzucił dwiema sześciennymi kostkami, które ochoczo potoczyły się po kamiennej posadzce - ...dziesięć punktów życia... I jeszcze mam cztery punkty do wykorzystania. Więc ciskam granat z opóźnionym zapłonem za kolumnę, przy której stoisz. - Sięgnął do kieszeni i wyjął dwie dziesięciościenne kości. Rzucił obiema. - Dokładność sześćdziesiąt pięć procent! - krzyknął uradowany. - Koniec mojej fazy.
    - Dobra - odezwał się Mish-kha - Do tamtej kolumny mam... Ponad jedenaście kroków. Nie zdążę się ukryć. Więc... Wykonuję ruch w stronę tych drzwi. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Jestem ukryty za murem. Twój granat nic mi nie zrobi. Za to mam jeszcze cztery punkty i... Choroba. Za mało, by wykonać strzał z celowaniem. Zrobię inaczej. Strzelam serią z uzi. - Rzucił dwiema dziesięciościennymi kośćmi. - Ha! Kochany! Osiemdziesiąt trzy procent! Oj nie wiem, czy ten stim-pack na coś ci się przydał!
    - W mordeczkę... Osiemdziesiąt pięć to będzie... - Dżoj-sti wyciągnął kalkulator i pospiesznie wystukał działanie. - Straciłem dwanaście punktów życia. Czekaj, zapiszę... Mam jeszcze trzynaście. Chyba zjem iguana on the stick. I w dodatku muszę przeładować magnum... Chyba przegram tę partię...
    W hallu pojawił się Kompucjusz Diuknuk.
    - O! Moi ulubieni graodanowie! Cóż panowie porabiają? Bawicie się w chowanego?
    - To nasza najnowsza rozrywka - oznajmił z dumą Mish-kha. - Fallout Tactics Life.

***

    - Czym się różni deszcz w grze od deszczu rzeczywistego? - zastanawiał się Mish-kha Conq.
    - W co się bawisz? - spytał jego mistrz, Kompucjusz Diuknuk.
    - W Ultimę IX...
    - Słucham? - nauczyciel podszedł do monitora - Rolplej? W twoich rękach? Nie strategia?
    - No wiesz, mistrzu - uczeń zarumienił się - dla higieny...
    - Hm...
    Obserwowali w milczeniu Avatara stojącego pośród drzew. Wokół niego rozbryzgiwały się krople dżdżu.
    - Ciekawe pytanie zadałeś, mój drogi. - Kompucjusz spojrzał z góry na akolitę. Ten nieśmiało się uśmiechnął.
    - Spróbujmy znaleźć odpowiedź - kontynuował mężczyzna. - Pierwsza różnica jest prosta i banalna.
    - Od prawdziwego deszczu się moknie... - wszedł w słowo młodzik.
    - Otóż to. Chyba że się ma parasol.
    - Albo się siedzi w domu i patrzy przez okno.
    - Właśnie.
    - Co jeszcze?
    - W grze każda kropla jest zaprogramowana...
    - Z wyjątkiem przypadków gdy użyto kodu randomizacyjnego.
    - Tak. W każdym razie mamy do czynienia z algorytmem.
    - Zgadza się.
    - Przed monitorem - starzec podrapał się w brodę - nie czujemy zapachu mokrej ziemi, ani ulotnej woni ozonu...
    - Nie... - rozmarzył się młodzieniec.
    - A poza tym nie różnią się niczym.
    - Jak to?
    - Jeśli patrzysz na animowane kreski i wiesz, że to krople, co więcej, szkoda ci biednego Avatara, to doprawdy, masz do czynienia z najprawdziwszym deszczem.

***

    Wieczór był ciepły. Dżoj-sti Bald siedział przed monitorem przy otwartym oknie. Na niebie świeciły gwiazdy.
    - Żaróweczki, świecidełka... - mruczał pod nosem.
    - W co grasz? - spytał wchodzący do jego celi Mish-kha Conq.
    - W Tachyon'a.
    - Fajna?
    Dżoj-sti wcisnął pauzę.
    - Całkiem niezła. Na początku nie byłem nią zachwycony, ale im dalej w las...
    - Czyli fajna? - spytał nieprzytomnie Mish-kha.
    - Przecież mówię.
    - Gdy wchodziłem, mówiłeś coś pod nosem.
    - A tak. Spójrz na tę bazę. - grający wyłączył pauzę i ustawił widok zewnętrzny tak, by kierowany przez niego statek sunął na tle gigantycznej stacji kosmicznej.
    - Ale ogromna... - zachłysnął się Mish-kha.
    - Skąd wiesz?
    - Przecież widać.
    - Jesteś pewien? Mój myśliwiec jest tylko o połowę mniejszy.
    - To złudzenie perspektywiczne.
    - Zgadza się. A wiesz, skąd wiesz, że ta konstrukcja jest duża?
    - No... nie wiem.
    - Dzięki światełkom.
    - Słucham?
    - Spójrz, ile ta baza ma maleńkich, skrzących się okienek.
    - Setki...
    - Właśnie. Gdyby nie one, struktura nie robiłaby na nas takiego wrażenia...
    - Masz rację - Mish-kha Conq rozmarzył się - zdaje się, że pierwszy raz miałem okazję podziwiać zastosowanie tego pomysłu w Gwiezdnych Wojnach...
    - A ja w Blade Runnerze...

***

    - Gry schodzą na psy - stwierdził pewnego razu Dżoj-sti Bald.
    - Skąd ten pesymizm? - zaśmiał się Mish-kha Conq.
    Szli ogrodową ścieżką wysypaną żwirem. Owiewała ich ciepła, majowa bryza.
    - To nie pesymizm, lecz zwykła obserwacja.
    Mish-kha włożył ręce w poły szaty.
    - Zaciekawiłeś mnie - powiedział. - Wyjaśnij.
    Dobrze - Dżoj-sti zaciągnął się aromatem srebrnego świerku. - Skończyłem ostatnio takie gry: the Nomad Soul, X - Beyond the Frontier, Torment, System Shock 2, Homeworld i Half - Life, a teraz gram w Tachyon'a.
    - Ładny zbiór - pochwalił Mish-kha.
    - Half - Life i X nie miały nawet kawłka filmu. - Dżoj sti zrobił dramatyczną pauzę.
    - Intro, outro i cut-scenki robione były w tym samym środowisku, co gra. The Nomad Soul miał tylko porządny wstęp, nota bene mało związany z fabułą, zaś jakość gry System Shock była o wiele lepsza od prezentowanych wstawek.
    - Denerwuje cię to?
    - Chłopie! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem zrobione z rozmachem filmy!
    W Tormencie postarali się tylko w końcówce, a w Homeworld'dzie wszystkie przerywniki zrobione były w niby-fajnej, komiksowej, czarno białej manierze! Otóż łatwizna, proszę ciebie!
    - Może masz rację...
    - Ty tego nie widzisz?
    - Mnie w sumie interesuje czysta gra. Filmiki są miłe, ale równie dobrze mogło by ich nie być...
    - Nie bluźnij - Dżoj-sti spojrzał ponuro w ziemię. - I pomyśleć - powiedział cicho - że moją pierwszą grą na peceta był Command & Conquer, gdzie nawet instalacja była świetna, a między misjami mogłem się raczyć kinem i odprawami prowadzonymi przez żywego człowieka a nie przez jakiś głos i literki jak w Tachyon'ie!
    - No nie przesadzaj... Red Alerty wciąż trzymają klasę.
    - A pamiętasz the Darkening? - Dżoj-sti zapalał się coraz bardziej - Na Buddę! Tę grę warto było kupić choćby dla wstępu i melodii przygrywanej podczas początkowych napisów! A zakończenie? Pamiętasz zakończenie, kiedy główny bohater idzie przez korytarz płonącego statku, kiedy przedziera się przez deszcz iskier?
    - Opanuj się, podskoczy ci ciśnienie...
    - Niech skacze! Co się stało z monumentalnymi grami? Gdzie się podziały Wing Commander III i IV? Czy widzisz pośród współczesnych produkcji jakąś pozycję, która byłaby godną następczynią WC IV? Tylko mi nie wspominaj o the Prophecy!
    - Nie widzę - odparł spokojnie Mish-kha - widzę natomiast, że za bardzo się rozemocjonowałeś. Dobrze, że biegnie tu twój nauczyciel.
    Dżoj sti obejrzał się. Cienistą aleją bieżył do nich Grao-tsy Łinkomande. Siwa broda kontrastowała z ciemną zielenią ogrodowych krzaków.
    - Bardzo się cieszę, że cię widzę, mistrzu - Mish-kha dworsko się skłonił.
    Dżoj-sti zaciął usta i nerwowo się rozglądał, jakby upuścił coś na ziemię.
    - Znowu miał atak? - spytał zdyszany mentor.
    - Nie wiem, czy to można tak nazwać... - zawahał się młodzieniec.
    - Krzyczał? Zapalał się?
    - Tak było.
    - Biedaczysko - mężczyzna przytknął rękę do czoła podopiecznego. Dżoj-sti miał nieswoją minę.
    - Co mu właściwie jest? - zaniepokoił się Mish-kha.
    - Ach, to paskudna choroba. Melancholia gierczanis. Jest na nią tylko jedno Lekarstwo.
    - Hm? Jakie?
    - Megaprodukcja...

***

    - Witaj, co czytasz? - spytał Mish-kha Conq wchodząc do celi Dżoj-sti Balda.
    - CD Action.
    - To widzę, ale co w CD Action?
    - Recenzję Battlefielda 2142.
    - Przecież już kupiłeś tę grę!
    Dżoj-sti podniósł oczy. Blado się uśmiechnął.
    - Zawsze jest przyjemnie - powiedział nieśmiało - poczytać czyjąś przychylną opinię o kupionym przez siebie produkcie. To utwierdza mnie w przekonaniu, że dokonałem dobrego wyboru i...
    - No?
    - Wzmacnia moje przekonanie, że to dobra gra...
    - Na Buddę! Czyż Grao-tsy Łinkomande nie wykształcił w tobie umiejętności tworzenia własnych poglądów?
    - Częściowo tak...

***

    Dzień był niezwykle pogodny. Dżoj-sti Bald, zamiast odbywać obowiązkową ascezę polegającą na graniu, siedział przy otwartym oknie i z lubością wygrzewał się w słonecznych promieniach. Po jakimś czasie zerknął na zegarek. Wydawało mu się, że odkąd spoczął na fotelu minęła co najmniej godzina, tymczasem upłynął zaledwie kwadrans. "Dziwne", pomyślał, "Podczas gry piętnaście minut przemknęłoby niczym spłoszone stado kuropatw. Ani bym się obejrzał, byłoby popołudnie." Wsłuchał się w śpiew skowronka zawieszonego gdzieś wysoko nad polem. Zamknął oczy. "Ciekawe: mistrz Grao-tsy Łinkomande gra, czy też się wygrzewa? Na jego miejscu nie podszedłbym do klawiatury". Spojrzał w kierunku łóżka. Leżał na nim jasiek. Wychylił się i przyciągnął go końcami palców. Podsunął pod fotel zydelek, położył na nim poduszkę i oparł nogi. "Jestem w raju! Dzisiaj nie gram. Może później."
    Obudziło go pukanie do drzwi. Zerwał się nieprzytomny. Słońce wisiało tuż nad linią lasu. "Która może być godzina?", myślał gorączkowo, "Pewnie dziewiętnasta".
    - Proszę! - rzucił przez spierzchnięte gardło.
    W wejściu pojawiła się sylwetka Nauczyciela.
    - Można? - spytał stary człowiek.
    - Ależ tak... - Chłopiec błyskawicznie odsunął zydel, rzucił poduszkę na łóżko i odsunął fotel. Jednego nie zdążył zrobić: włączyć komputera.
    - Pracujesz... - mentor zawahał się - koncepcyjnie?
    - Ttak... - zająknął się chłopiec.
    - Słusznie. Ja też lubię podumać siedząc przy otwartym oknie. Nad czym medytowałeś?
    - Ee... nad relatywnością gierczanego czasu...

***

    I tak nastało trzydzieste czwarte tysiąclecie ery Quak. Sylwester obchodzony był hucznie w obu szkołach: prowadzonej przez Grao-tsy Łinkomande'a i kierowanej przez Kompucjusza Diuknuka. Akolici świętowali do samego rana. Odnotowano trzy spalone procesory w kartach graficznych, dwa pęknięte joysticki, cztery zniszczone myszy oraz jedną uszkodzoną klawiaturę. Prawdopodobnie właśnie wtedy powstało słynne powiedzenie "piłeś - nie graj". Jak wiadomo, w dzisiejszych czasach słowo "gra" często zastępowane jest terminem "jazda". Zrozumiała jest więc współczesna wersja porzekadła brzmiąca: "piłeś - nie jedź".

***

    - Co dostałeś na gwiazdkę? - spytał Mish-kha Conq Dżoj-sti Balda.
    - Koszulę - młodzieniec wydął pogardliwie wargi.
    - Biedaku.
    - A ty?
    - "Dark Crusade".
    - Przecież masz tę grę!
    - Właśnie.
    Patrzyli na kolorowe lampiony zawieszone na gałęziach srebrnego świerku. Od jeziora powiał mroźny wiatr.
    Niezależnie od czasu i szerokości geograficznej rodzice wciąż błądzą wybierając prezenty dla swoich pociech...

***

    - Ależ jestem zmęczony - wyznał Kompucjuszowi Diuknukowi Grao-tsy Łinkomande.
    Siedzieli na parkowej ławeczce obserwując, jak wykluwają się pierwsze wiosenne pąki.
    - Miałeś sesję egzaminacyjną?
    Łinkomande skinął głową. Ziewnął.
    - Muszę odetchnąć...
    - Zagraj sobie w coś. - doradził Kompucjusz.
    Grao-tsy spojrzał na niego zdziwiony.
    - Znasz jakąś grę, przy której można odpocząć?
    Wybuchnęli śmiechem. Słońce przygrzewało coraz mocniej.

***

    Ziemia lekko dudniła pod stopami, gdy Dżoj-sti Bald przemierzał las rozciągający się w klasztornej dolinie. "Daleko nie ujdę", pomyślał. Ukryte wśród gałęzi ptactwo wyśpiewywało poranne trele. Doleciał go subtelny zapach grzybów. "Gdzieś tutaj rosną. I tak ich nie znajdę. Marny ze mnie grzybiarz." Poprawił plecak. "To był kiepski pomysł." Zacisnął zęby i szedł dalej. Skórzane ramiączka bezlitośnie wrzynały się w barki. O nogi obijał się samurajski miecz pożyczony od Grao-tsy Łinkomande'a. W skronie cisnął szyszak zdjęty z figury średniowiecznego rycerza zdobiącej klasztorny hall. "Co ja tam zapakowałem?", zastanawiał się, "Chleb, trzy konserwy, nóż, łyżkę, zapałki, zapas świec, kaganek, pochodnię, dwa koce, mały jasiek, skarpety i majtki na zmianę, zapasowe buty, spodnie i bluzę, czapkę w razie chłodu, mydło, szczoteczkę do zębów, ręcznik, mały namiot, kuchenkę spirytusową, rondelek, kilka zupek w proszku, manierkę, aspirynę - to zamiast magicznych eliksirów - karimatę..." Ujrzał przed sobą łagodne wzniesienie. "Zanim na nie wejdę, zasapię się na śmierć." Gorzko się uśmiechnął. "Reprezentowany przeze mnie bohater ma siłę dziewięć. Najwyżej. W skali od jednego do dwudziestu." Rozpoczął wspinaczkę. "Oczywiście musiałem zapakować wszystkie trzy tomy Tolkien'a" Nagle usłyszał dziwny dźwięk. Przypominał chrząknięcie dzika. Błyskawicznie zrzucił pakunek na ziemię i wdrapał się na najbliższe drzewo. Po pięciu minutach oczekiwania poczuł, że mdleją mu ręce. "Chyba się przesłyszałem." Zsunął się z pnia. "Na co ja liczyłem? Nigdy w życiu nie spędzę tu nocy." Pokręcił z rezygnacją głową. Dźwignął brzemię na plecy i ruszył w stronę klasztoru. "Nie nadaję się na rycerza. Może na barda lub złodzieja i to koniecznie niziołka." W listowiu mignęła ruda plama wiewiórki. "Odkryłem za to ciekawy manewr, który chętnie podsunę producentom erpegów. Bohaterowie powinni zrzucać bagaż podczas starcia i ucieczki, zwłaszcza ci słabsi. Walka z dwudziestoma pięcioma kilogramami uczepionymi ramion ma sens tylko w przypadku najbardziej wytrzymałych wojów, coś jak współcześni żołnierze SAS'u." Pokrzepiony na duchu przyspieszył kroku. Raptem jego myśli przysłonił cień. "Co ja powiem Mish-kha Conq'owi? Czy musiałem się z nim zakładać, że jestem w stanie przeżyć w lesie trzy rolplejowe dni?"

***

    - Mistrzu, jak będą wyglądały gry przyszłości? - spytał Mish-kha Conq swojego nauczyciela Kompucjusza Diuknuka.
    Mężczyzna spojrzał na ucznia znad okularów.
    - Tak samo jak dzisiaj - odpowiedział. Będą tylko bardziej zbliżone do rzeczywistości.
    - Lub dokładnie takie jak rzeczywistość! - Zapalił się młodzik.
    - Jesteś pewien? - Nauczyciel podniósł brwi. - Czy naprawdę chciałbyś zobaczyć w trójwymiarowym, wirtualnym hełmie jak z ciała poległego przeciwnika wypływają jelita, a z rozbitej czaszki sączy się mózg?
    - Ch...chyba nie - zająknął się chłopiec.
    - Chciałbyś czuć zmęczenie po wielogodzinnej wędrówce, przejmujące zimno Doliny Lodowych Wichrów czy wściekłe upały w Baator?
    - Także nie!
    - A może tęsknisz za bólem wywołanym postrzałem, gorączką spowodowaną trucizną bądź rozpadem ciała w wyniku choroby popromiennej?
    Chłopiec przełknął ślinę.
    - Widzisz - odezwał się starzec - większość gier nie przekroczy pewnego progu komfortu.
    - Chyba że... - odezwał się nagle Mish-kha - ...wirtualne hełmy włożą miłośnicy mocnych wrażeń.

***

    - Fajną grę wczoraj czytałem. - wyznał Dżoj-sti Bald przyjacielowi, Mish-kha Conq'owi.
    - Masz na myśli Torment?

***

    - Do czego najlepiej nadaje się sobota? - spytał Dżojsti Balda Grao-tsy Łinkomande podczas egzaminu zaliczającego semestr.
    - Do zdobywania miast w Hirołsach! - odpowiedział uczeń bez wahania.
    Zdał celująco.

***

    - Oo! - wykrzyknął Dżoj-sti Bald na widok swojego przyjaciela - nie spaliśmy dzisiaj, co?
    Mish-kha Conq odciągnął w dół zapuchnięte worki po oczami, by móc lepiej przyjrzeć się rozmówcy.
    - Spało się, spało - odrzekł przytłumionym głosem - tylko marnie.
    - Koszmary?
    - E. Z nimi bym sobie poradził. Lubię horrory.
    - Więc co?
    - Dark Crusade. Grałem przed snem i przez całą noc śniły mi się różne warianty strategicznych rozwiązań. Pomijam drobny fakt, że przez półtorej godziny w ogóle nie mogłem zasnąć.
    - Gonitwa myśli?
    - Właśnie. Byłem tak rozpędzony, że szkoda gadać.
    - Znam to.
    - Najśmieszniejsze, że w marzeniach sennych wszystko mi się pomieszało: Nekroni walczyli ramię w ramię ze Space Marinami, a podstawowym wrogiem był brak powietrza. Zapomniałem przed snem wywietrzyć celi. Chyba muszę skończyć z wieczornymi nasiadówkami. To mnie wykończy.
    Dżoj-sti pokiwał smętnie głową.
    - Rozumiem cię, ale powiedz, czy znasz lepszy czas na granie?

***

    - Mistrzu - odezwał się podczas leśnej wycieczki Dżoj-sti Bald - seks jest jedną z najbardziej eksploatowanych dziedzin we współczesnym biznesie. Jest obecny w reklamach, filmach, na opakowaniach... Dlaczego gry nie wykorzystują tego tematu?
    - Stęskniłeś się? - spytał Grao-tsy Łinkomande rozglądając się za jagodami.
    Młodzieniec pokraśniał.
    - Nie o to mi chodzi...
    - Rozumiem. Żartowałem. Sam też byłem młody i wiem, że w tym wieku hormony dają o sobie znać.
    Akolita zarumienił się jeszcze bardziej.
    - Nie ma się czego wstydzić. - Mistrz udał, że nie widzi zażenowania chłopca i podniósł z ziemi dojrzałą poziomkę. - Hmm, doskonała. - zawyrokował rozgniótłszy ją językiem na podniebieniu. - Wracając do tematu, jest kilka gier traktujących o sprawach damsko - męskich. Laisure Suit Larry, Lula, The Sexy Empire... Nie za wiele.
    - Lecz są jeszcze takie - wtrącił Dżoj-sti - w których może nie chodzi wyłącznie o... te rzeczy, lecz przewijają się elementy erotyki. Na przykład Duke Nukem 3D, w którym roi się od nocnych klubów i królujących w nich tancerek, w Wing Commanderze się całują, w Dark Earth na początku gry główny bohater wstaje z łóżka, w którym wyleguje się jego ukochana, w The Nomad Soul dochodzi do zbliżenia między pierwszym wcieleniem gracza i jego żoną. Co prawda w ubraniach, ale zawsze, w Gothiku drugim można zapłacić za usługi kurtyzany...
    - Czekaj, czekaj - mężczyzna zastanowił się. - Poruszony przez ciebie temat wcale nie jest taki jednoznaczny - starzec dostrzegł w korzeniach sosny dorodnego prawdziwka. Zbliżył się doń i delikatnie zerwał przycinając kozikiem tuż przy ściółce. Popatrzył na zdobycz z ukontentowaniem i schował do wiklinowego koszyka. - O czym to myśmy... - potarł czoło - acha. Seks. Jeśli przyjrzeć się bliżej, można dojść do wniosku, że cichcem, cichcem, gierczana brać jest podprogowo ekscytowana...
    - Słucham? - akolita nie zrozumiał.
    - Inaczej mówiąc, podświadomie podniecana - wyjaśnił Grao-tsy. - Nie chcę rzucać fałszywych oskarżeń, lecz czy nie zastanawia cię coraz większa ilość żeńskich bohaterek gier? Słynna Lara ukazuje swe wdzięki już w czwartej odsłonie, Rynn wodzi rej w Order of the Flame, Cate Archer prezentuje długie nogi w No one Lives Forever, Julia odkrywa muskularne ciało w Heavy Metal, Konoko wystawia na widok swą smukłą kibić w Oni, w Red Alert naczelna komandoska amerykańskich sił zbrojnych paraduje z odkrytym brzuchem, zaś we wspomnianym już The Nomad Soul gracz ma doprawdy bogaty wybór pociągających pań, w których wirtualne powłoki może się wcielić, mamy Blood Rayne, niewątpliwie bardzo rozerotyzowaną wampirzycę...
    - Rzeczywiście, podejrzana sprawa. - przyznał młodzieniec.
    - Nie sądzę, by w grę wchodziły sprawy emancypacji - ciągnął mentor - bo odbiorcami komputerowej rozrywki są w przeważającej ilości chłopcy. Poza tym nie ulega wątpliwości, iż nieodparte erotyczne atrybuty wyżej wspomnianych pań w żaden sposób nie są niezbędne w samej rozgrywce.
    Dżoj-sti odnalazłszy kępkę dorodnych jagód zaczął zrywać owoce i skwapliwie wrzucać je do kosza nauczyciela.
    - Tak więc, drogi chłopcze - kontynuował starzec - postawmy pytanie jeszcze raz: czy rzeczywiście jest niewiele gier traktujących może nie o seksie, ale o... erotyce?

***

    Mish-kha Conq był przeziębiony. Postanowił udać się do nowo otwartej, nowoczesnej przychodni. Po wejściu natknął się na automat wydający numerki do stanowisk w rejestracji. Gdy zawieszony pod sufitem terminal wyświetlił jego numer, podszedł do odpowiedniego boksu gdzie miła pani udzieliła mu informacji dokąd się udać. Odszukał wskazany gabinet i usiadł w kolejce. Przed nim czekało dziesięciu pacjentów. Zapowiadały się co najmniej dwie godziny nudy. Postanowił zająć umysł obserwacją ludzi. Jego uwagę zwróciło zachowanie osób wchodzących do gmachu. Reakcje były bardzo podobne: rozbiegane oczy, wyraz zagubienia i niepokoju na twarzy, lekko rozchylone usta. Każdy nowoprzybyły szedł kilka kroków rozglądając się dookoła, zatrzymując wzrok na innych osobach, by w końcu niepewnie zbliżyć się do rejestracji. Niektórzy szukając wskazówek zdawkowo przeglądali tablice informacyjne. "Dziwne", myślał, "Gdyby byli doświadczonymi graczami, wiedzieliby, że musi istnieć jakaś jednostka centralna koordynująca pracę placówki. Logicznie rozumując jest to rejestracja. Nie rozglądaliby się na boki szukając nie wiadomo czego, lecz eksplorowaliby nieznany teren z jasno wyznaczonym celem: odnaleźć serce kompleksu. I kto mi powie, że gry nie kształcą..."

***

    Komputer Dżoj-sti Balda został zaatakowany przez wirusa. Szkodnik zniszczył kilka plików tekstowych i uszkodził system operacyjny. Po interwencji mistrza Grao-tsy Łinkomande'a sprzęt odzyskał zdrowie, lecz utraconych dokumentów nie udało się odtworzyć. Akolita, wstydząc się mistrza, tłumił łzy żalu. Starzec westchnął.
    - Poczucie straty ciężko uleczyć - pogłaskał ucznia po głowie.
    Młodzieniec zacisnął wargi.
    - Czy nadal uważasz - kontynuował mężczyzna - że intelekt jest ważniejszy od uczuć?
    Chłopiec podniósł mokre oczy.
    - Skąd to pytanie, mistrzu?
    - Widzisz, drogi Dżoj-sti - starzec na chwilę wstrzymał oddech - tego wirusa skonstruował bez wątpienia bardzo inteligentny programista.
    Młodzik popatrzył uważnie na nauczyciela.
    - Ale nie ulega kwestii - ciągnął mentor - że nie przejmuje się, iż jego "dzieło" przyniesie ból innym ludziom. Możemy z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że twórca wirusa jest pozbawiony wyższych uczuć.
    Dżoj-sti zamrugał.
    - Dlatego właśnie - Grao-tsy wsparł się na kolanach, jakby szykował się do wyjścia - uważam, że inteligencja bez uczuć niewiele znaczy. Albo, mówiąc inaczej, nie należy mieszać inteligencji z mądrością, bo to zupełnie inne jakości. No - wstał - trzeba ci jakoś zrekompensować ten uraz - uśmiechnął się. - Wybierz sobie jakąś grę z mojej szafy.

***

    - Mistrzu! - do gabinetu Kompucjusza Diuknuka wpadł jego uczeń, Mish-kha Conq.
    - Tak, mój drogi? - mężczyzna oderwał wzrok od monitora.
    - Już wiem, co chcę robić po skończeniu szkoły!
    Starzec zdjął okulary.
    - O? To wielki przełom. Gratuluję. Więc... jaką karierę sobie wymarzyłeś?
    - Będę hakerem!
    Następny miesiąc okazał się bardzo przyjemny dla akolitów zamieszkujących szkołę. Mish-kha dobrowolnie wziął na siebie wszystkie dyżury kuchenne, stołówkowe, porządkowe i sanitarne. Pytany przez kolegów o przyczynę ascetycznej postawy uparcie milczał. "Pewnie chce osiągnąć wyższą czystość duchową", szeptano po kątach.

***

    - Wiesz, mistrzu - zagaił Dżoj-sti Bald, gdy przechadzał się z Grao-tsy Łinkomande'm po zimowym ogrodzie - dzisiaj przyszło mi do głowy, że nie zawsze będę młody...
    - I co w związku z tym? - spytał ciekawie nauczyciel spoglądając zdawkowo na kwitnący meksykański kaktus.
    - Może kiedyś zwiążę się z jakąś kobietą i będę miał... syna?
    - To bardzo interesująca wizja - stwierdził mężczyzna.
    - Myślałem, że gdy podrośnie, może będę od czasu do czasu z nim grywał.
    - W gry komputerowe przyszłości?
    - Właśnie.
    Zatrzymali się pod gigantyczną palmą kokosową. Zadarli głowy obserwując baraszkujące pośród listowia małpiatki.
    - Ciekawe - podjął młodzik - czy będzie chciał słuchać opowieści "starego" o grach mojej młodości...
    Grao-tsy smutno się uśmiechnął.
    - Obawiam się - powiedział - że będziesz mógł je wspominać tylko w gronie rówieśników. Oni podzielą twoje rozczulenie nad cieniami. Twój syn, jeśli dobrze go wychowasz, będzie mógł zrobić dla ciebie tyle, że grzecznie przeczeka nudną opowieść...
    - Tak myślisz mistrzu?
    - Mój drogi - starzec objął go ramieniem - ja to wiem...

***

    - Mistrzu - zwrócił się do swojego nauczyciela Dżoj-sti Bald - jest tyle ciekawych dziedzin życia: nauka, sztuka, filozofia, biznes... Dlaczego stworzyłeś szkołę, w której centrum zainteresowania są gry komputerowe?
    Grao-tsy Łinkomande popatrzył na akolitę spod zmrużonych powiek.
    - Zadałeś dobre pytanie, miły chłopcze. Świadczy o tym, że się rozwijasz.
    Młodzik zarumienił się.
    - Skoro dojrzałeś, by dostrzec problem, odpowiem ci zgodnie z maksymą: gdzie jest uczeń, znajdzie się nauczyciel. Spójrz na ten kamień - mentor podniósł z ziemi mały otoczak - czy go mam?
    - Oczywiście. Trzymasz go w ręku.
    Starzec zamachnął się i rzucił skałkę w jezioro. Woda miękko plusnęła.
    - A teraz?
    - Już go nie masz.
    - Czy gdy ściskałem kamień w dłoni miałem go bardziej niż teraz?
    Młodzieniec obruszył się.
    - To chyba oczywiste. Przedtem był w twoim posiadaniu, a teraz spoczywa na dnie stawu.
    - Jesteś pewien? Według mnie teraźniejszy i wcześniejszy stan niczym się nie różnią, zaś myśl o tym, że mogłem go posiadać zdaje mi się pyszną. Ani znałem ten kamień, ani odczytywałem pochodzenie, ani rozumiałem jego egzystencję. Czy trwał w mojej garści, czy w głębinach wód, było bez znaczenia. Wszystko, co mogłem o nim pomyśleć było myślą o mnie. Tak jest z większością przedmiotów nas otaczających. - Grao-tsy rozejrzał się - naszymi szatami, sandałami i żwirem, po którym stąpamy.
    Szli przez chwilę w milczeniu.
    - Dlatego - podjął mężczyzna - wybrałem gry. Bo choć są do kamienia podobne, to w żywy sposób rozwijają samopoznanie.
    - Jak?
    Łinkomande zatrzymał się i wskazał uczniowi pomarszczoną wodę.
    - Pomyśl.
    Dżoj sti zmarszczył czoło. Zerknął na taflę jeziora i nikłe kręgi pozostałe po rzucie. Nagle jego twarz pojaśniała.
    - Interakcją...

***

    - Jest pan przeziębiony - stwierdził lekarz - proszę wykupić w aptece preparaty, które wypisałem i zażywać zgodnie z zaleceniami.
    Grao-tsy Łinkomande powoli wdziewał mnisie szaty. Cicho zakasłał.
    - Panie doktorze - odezwał się poprawiając zwoje materiału - proszę mi powiedzieć, czym tak naprawdę jest przeziębienie?
    Mężczyzna w białym kitlu uśmiechnął się.
    - Obrazowo czy naukowo?
    - I tak i tak.
    - Dobrze. Wokół nas, w powietrzu, na każdym przedmiocie i w nas samych krążą miliony bakterii i wirusów. Niektóre z nich są nieszkodliwe, inne, jeśli nadarza się sposobność, wywołują chorobę.
    - O jaką sposobność chodzi? - spytał starzec.
    - Mam na myśli osłabienie odporności. W naszych śluzówkach niezmordowanie krążą komórki układu immunologicznego: limfocyty, granulocyty, komórki żerne zwane też makrofagami i cząsteczki IgM, IgG oraz IgA noszące nazwę przeciwciał. Na granicy organizmu i świata zewnętrznego trwają nieustanne potyczki. W pana przypadku obrona na chwilę osłabła, lub atak wirusów przeprowadzony był znacznymi siłami.
    Nauczyciel ciężko westchnął. Wyciągnął z poły odzienia chusteczkę do nosa.
    - W tej chwili - kontynuował lekarz - wirusy, które zainfekowały pana ciało namnażają się wewnątrz komórek, po czym je niszczą. Zwyczajnie rozrywają. - Łinkomande wzdrygnął się - Lecz proszę się nie martwić - internista położył rękę na dłoni chorego - Jestem przekonany, że wiążą się już z nimi przeciwciała, co spowoduje, że makrofagi, "szeregowi" odpornościowej armii, rozpoznają w nich wroga i zjedzą na śniadanie.
    Łinkomande wysiąkał nos i odetchnął.
    - Jest jeszcze wiele ciekawych rzeczy o których panu nie mówiłem - zapalił się pracownik służby zdrowia - na przykład komórki "zabójcy" czyli limfocyty K od "killer" i NK od "natural killer", lecz to opowieść zbyt skomplikowana, a w kolejce czekają inni pacjenci...
    Mistrz gier wyszedł z przychodni poruszony. "Tyle ciekawych rzeczy dzieje się w moim ciele. Cóż to za interesujący materiał na wspaniałą grę strategiczną! A tu nic, tylko czołgi i czołgi..."

    - Czy Jednostka Centralna odnalazła aptekę? - spytał generał limfocyt pułkownika granulocyta.
    Dookoła wrzała walka. Odgłosy tąpnięć, implozji i mlaskania utrudniały komunikację.
    - Jak dotąd nie otrzymaliśmy meldunku z Nerwowego Ośrodka Kojarzeniowego.
    Dowódca spojrzał na potężne makrofagi ustawione w pierwszej linii obrony. Zza wzgórz komórek chłonnych nadciągała fala złośliwych krystaloidalnych wirusów.
    - Nie wiem, czy utrzymamy ten węzeł chłonny - wyszeptał - A niech to IgM kopnie! - splunął cytoplazmą. Pułkownik będący dżentelmenem nie skomentował obscenicznego gestu. Generał zaciął galaretowate usta. - Potrzebujemy posiłków!

***

    Kroniki podają, że Dżoj-sti Bald, zagorzały zwolennik rolplejów, zagrał pewnego dnia w Cywilizację. Zapytany przez swego nauczyciela, Grao-tsy Łinkomande'a, o przyczynę, stwierdził:
    - Chciałem spróbować czegoś nowego.
    Gdy mistrz zainteresował się odczuciami ucznia, ten odpowiedział:
    - Gra bardzo mi się spodobała. Nie przypuszczałem, że potrafię czerpać przyjemność ze strategii. Czuję się, jakby otworzyła się we mnie nowa, dotąd nie znana, część duszy.
    Historyczne zapiski sugerują, że po rozmowie Grao-tsy wprowadził do szkoły nowatorski system rozwoju osobowości polegający na przekraczaniu uprzedzeń do nieznanych gatunków gier. Podobno wypróbowawszy go na sobie zapałał wielką miłością do serii FIFA...
    Dobrze poinformowani dwudziestowieczni psychologowie twierdzą, że gdzieś na dnie przepastnych szaf stojących w niezliczonych pokojach nauczycielskich, leżą zakurzone teczki opatrzone niezrozumiałym kryptonimem "Projekt Grao-tsy". Grono pedagogiczne milczy, bo nie chce się przyznać, że nie pojmuje jego założeń...

***

    " 'The Nomad Soul' to fantastyczna gra", pomyślał Kompucjusz Diuknuk siedząc przed monitorem, "gram w nią trzeci raz i wciąż nie mam dosyć."
    Kyle po raz trzeci wyszedł na ulice Omikronu. Spoza chmur wyłoniła się powietrzna ciężarówka i bezszelestnie przeleciała nad dachami. "Ten Kompucjusz to pyszny bohater", pomyślał demon ukryty w jego ciele, "Uwielbiam w niego grać. Zaraz zachce mu się do toalety, lecz nie pozwolę mu do niej pójść aż ból pęcherza będzie nie do wytrzymania. Potem sprawię, że zgłodnieje, ale nie dam mu nic zjeść. Później sprowokuję go do wypicia kawy i siedzenia przed komputerem całą noc. Już nie mogę się doczekać rozkosznego uczucia ssania żołądka, bólu kręgosłupa i piekących oczu. Miał rację Astaroth. Z cierpienia pojedynczej istoty ludzkiej można wyzwolić energię zdolną zniszczyć lub stworzyć gwiazdę! Doprawdy, kochany Diuknuk".
    "Chyba muszę do WC", pomyślał mistrz gier, lecz wiedział, że jakaś magiczna siła ukryta w grze jeszcze długo nie pozwoli mu oderwać się od monitora.

***

    - Mistrzu, byłem w Ośrodku Zwalczania Uzależnienia od Gier - wyznał Mish-kha Conq.
    - Słucham? Kiedy? - Kompucjusz Diuknuk zerwał się z fotela.
    - Wczoraj. Usunęli mi.
    - Co ci usunęli?
    - Uzależnienie. Jestem wolny. Odchodzę.
    Nauczyciel uśmiechnął się.
    - Brawo. Żegnaj, mój drogi. Byłeś wspaniałym uczniem.
    Młodzieniec zawahał się.
    - Jak to? Tak po prostu? Do widzenia i już?
    - Skoro nic cię tu nie trzyma...
    - To znaczy... ja powiedziałem... że już nie jestem uzależniony. Czyli tylko tyle... - przełknął ślinę - że nie muszę tu być.
    - Wydawało mi się, że w tym klasztorze nie ma przymusu - stwierdził oschle Kompucjusz wkładając okulary i udając, że przegląda jakieś papiery. - Wszyscy akolici przebywają tu wyłącznie z chęci zgłębiania tajemnej gierczanej wiedzy. Przynajmniej dotychczas tak sądziłem. - Spojrzał na młodzieńca znad szkieł. - Kto ci wmówił, że jesteś uzależniony?
    Chłopiec zarumienił się.
    - Przeczytałem w jakiejś gazecie.
    Starzec odłożył dokumenty na biurko. Westchnął.
    - Uzależnienie to kwestia duszy, nie obiektu. Umysł zależny to psychika zniewolona wewnętrznie, nie zewnętrznie. Klinika, o której wspomniałeś nic ci nie wycięła. Pomogła jedynie zrozumieć coś, co w pewnym momencie pojmuje każdy dojrzały człowiek.
    - Czyli?
    - Jesteś wolny.
    Mish-kha zaszurał nogami. Rozejrzał się nieśmiało po gabinecie mistrza. "Warto by tu posprzątać", pomyślał, "Mistrz nie dba o siebie. A przecież to zwykły człowiek." Ostatnia refleksja uderzyła go niczym piorun. Spojrzał na starego, siwego mężczyznę patrzącego znad ciężkich okularów. "Mój boże. Kompucusz Diuknuk to zwykły człowiek. Niby oczywiste, a nigdy na to nie wpadłem..."
    Kilka następnych dni chłopiec spędził na długich spacerach i rozmowach z kolegami i nauczycielem. Przyjaciele wspominają, że dziwnie się zachowywał. Osobliwy był zwłaszcza sposób, w jaki im się przyglądał. Mieli wrażenie, iż widzi ich pierwszy raz.

***

    W szkole prowadzonej przez Grao-tsy Łinkomande'a kartkówki były przyjemnością. Uczniowie siedzieli w ławkach wyprężeni, jakby szykowali się do biegu na sześćdziesiąt metrów.
    - Proszę napisać jak najwięcej umiejętności kształconych poprzez granie - zakomenderował nauczyciel - macie na to pięć minut. Zwycięży autor najbardziej oryginalnych pomysłów. Nagrodą będzie oczywiście gra...
    Podniecenie wśród akolitów wzrosło.
    - ...Czas start!
    Dżoj-sti Bald ostro zabrał się do pracy. "Muszę wygrać, muszę wygrać", powtarzał sobie. Pióro dziarsko skrzypiało na papierze: "Umieranie, zmartwychwstawanie..."

***

    Zadzwonił telefon. Kompucjusz zatrzymał grę i niechętnie podniósł się z krzesła.
    - Halo? - wymruczał do słuchawki.
    - Pan Kompucjusz Diuknuk? - głos brzmiał oficjalnie.
    - Tak?
    - Mówi kapitan Klo-su z Lotnej Brygady Zwalczania Piractwa. W pana szkole wykryliśmy nielegalne kopie oprogramowania rozrywkowego.
    - Jak to? W jaki sposób?
    - Za pomocą radaru, drogi panie.
    - No tak, ale kto mógłby je posiadać?
    - Pana nie podejrzewamy, więc ktoś z pana uczniów.
    - I co ja mam z tym...
    - Postawmy sprawę krótko. Nie chcemy robić rozgłosu, szanujemy dobre imię prowadzonej przez pana placówki. Ale jutro do godziny dwunastej prosimy, by pan się do nas zgłosił z pirackim oprogramowaniem w ręku.
    - Ładny klops...
    - Nie klops, tylko Klo-su. Kapitan Klo-su.

    Rankiem następnego dnia mistrz gier stawił się na komisariacie.
    - No i co? Ma pan te programy? - spytał kapitan.
    - Oczywiście - stary człowiek położył na biurku krążki.
    - Kto je miał?
    - Mój najlepszy uczeń, Mish-kha Conq. Twierdził, że posiadanie oryginałów kłóciłoby się z przesłaniem tych gier.
    Funkcjonariusz uniósł brew.
    - Co my tu mamy... - przyjrzał się okładkom - "Thief" i "Thief II"...
    W głębi policyjnych pomieszczeń szczęknęły kraty.

***

    Mish-kha Conq był bardzo głodny. Grał w "Battlefiled 2" od ośmiu godzin i nic nie wskazywało na to, że ma zamiar zrobić sobie przerwę. Podświadoma część struktur neuronalnych jego mózgu zdała sobie sprawę, że sama będzie musiała podjąć trud utrzymania ciała przy życiu. Sztab kryzysowy rozpoczął działalność zwiększając wydzielanie adrenaliny. Po następnych ośmiu godzinach receptory wykryły zbyt niskie stężenie glukozy we krwi. Wątroba zaczęła wytwarzać glukagon przywracający cukrową równowagę. Po kolejnych ośmiu godzinach podsystemy sterujące metabolizmem, stwierdziwszy wyczerpanie zapasów energetycznych wątroby, rozpoczęły spalanie podskórnej tkanki tłuszczowej. Po upływie dalszych ośmiu godzin nastąpiła stabilizacja powolnego katabolizmu lipidowego. Mish-kha zaczął chudnąć. Autonomiczny układ nerwowy sterujący całą operacją był z siebie bardzo zadowolony.
    Do czasu, kiedy stwierdził, że przepaliła się żarówka w kontrolce przepełnienia pęcherza moczowego.
    - Wypadki się zdarzają - stwierdził młodzieniec - zawsze mówiłem, że grając w Battlefielda człowiek robi się szczęśliwy jak niemowlę.

***

    Zaszeleściły poruszone liście. Brzęczące pszczoły na chwilę ucichły. Wylegujący się w ogrodzie Grao-tsy Łinkomande uchylił rondo słomianego kapelusza. Wiklinowy leżak cichutko zaskrzypiał. Zbliżał się Dżoj-sti Bald mijając krzaki głogu i derenia.
    - Witaj, drogi chłopcze - uśmiechnął się stary człowiek. Wyciągnął rękę po szklankę wody. Obok leżały komiksy.
    - Czytasz to, mistrzu?
    - Dziwisz się? Slaine to wybitna seria. Ma żywą filozofię i sugestywny klimat. No i te rysunki...
    Młodzieniec odpędził natrętną robotnicę usiłującą zebrać nektar z jego ucha.
    - Przepraszam, może to zbyt śmiałe pytanie, lecz czy nie wolałbyś... pograć?
    Mężczyzna westchnął. Spojrzał na rozłożyste agawy, za którymi widniały drzwi do jego gabinetu.
    - Ba - powiedział - gdyby były takie gry... Skończyłem ostatnio kultową the Nomad Soul i nie znalazłem ukojenia. Widzisz, kochany Dżoj-sti, w miarę upływu lat człowiek poszukuje odpowiedzi. Szyfrów egzystencji. W Slainie odnajduję ich ślady. Dlaczego nie ma takich gier?
    Chłopiec spojrzał w kierunku komnaty mistrza. Uchylone balkonowe drzwi pozwalały zajrzeć do środka. Wytężył wzrok. Monitor komputera pokrywał kurz.

***

    - Co to jest myślenie wielopoziomowe, mistrzu? - spytał pewnego razu Dżoj-sti Bald swojego nauczyciela.
    Grao-tsy Łinkomande uśmiechnął się, bo przypomniały mu się młodzieńcze lata.
    - Kiedyś zadałem to samo pytanie swojemu mistrzowi, Mei-bord Asterowi...
    - I co powiedział?
    - Przytoczył stare przysłowie graoistyczne: Jeśli coś jest Warcraftem, to jest Warcraftem. Jeśli coś nie jest Warcraftem, to też jest Warcraftem.
    Młodzieniec znieruchomiał. Miał nadzieję, że mężczyzna nie poprosi go o interpretację koanu. Stary człowiek wspominał:
    - "Co to znaczy?", spytałem. A on na to: "Jeśli pojmiesz to przysłowie, to będzie znaczyło, że nauczyłeś się myśleć dwupoziomowo. O następnych wtajemniczeniach pomyślimy, gdy to nastąpi." - Łinkomande westchnął. Spuścił wzrok i się zamyślił. - Tak właśnie mi powiedział - ponowił po chwili milczenia. - Teraz drogi chłopcze wiesz już, co masz zrobić?
    Dżoj-sti zaciął usta.
    - Mam zrozumieć to porzekadło?
    - Rzekłeś. No - mistrz ścisnął jego rękę - nie miej takiej smutnej miny. Zadałeś niełatwe pytanie, dostałeś niełatwe zadanie.
    Chłopiec ukłonił się i odszedł.
    W jeziorze plusnęła ryba.

***

    Dziwne są zrządzenia losu. Opatrzność zaprezentowała swą nieprzewidywalność w ten sposób, że dokładnie w czasie, gdy Grao-tsy Łinkomande wraz z Dżoj-sti Baldem toczyli rozmowę o wielopoziomowym myśleniu, znajdujący się w zupełnie innym miejscu Mish-kha Conq zadał następujące pytanie swojemu mentorowi:
    - Mistrzu, czy mógłbyś mi wyjaśnić, na czym polega myślenie wielopoziomowe?
    Kompucjusz Diuknuk spojrzał bystro na ucznia, po czym rzucił okiem na zdjęcie żony oprawione w złotą ramkę.
    - Jeśli myślę, że ją kocham, bo ma piękne ciało, to jest pierwszy poziom - rozpoczął, powoli ważąc słowa. - Jeśli twierdzę, że ją adoruję, ponieważ mnie wspiera gdy się waham, to jest poziom drugi. - Wziął głębszy oddech i odchylił się w fotelu. - Jeśli wyznam, że wielbię ją, gdyż pomaga mi szukać drogi w dążeniu do ideału, będzie to poziom trzeci. - Spojrzał w okno, gdzie skowronek rozpoczął koncert. - Jeżeli - podjął - oświadczę, iż przepadam za nią, bo jest moim druhem w samowychowywaniu i samoleczeniu, określę poziom czwarty. Zaś w przypadku, gdy uświadomię sobie, że kocham ją tylko dlatego, że jest, zdefiniuję poziom piąty.
    Mężczyzna rozluźnił się i wyraźnie zadowolony ze swojego wywodu spojrzał uważnie na ucznia.
    - Wydaje mi się, że te poziomy niewiele się od siebie różnią... - chrząknął młodzieniec.
    - Masz rację. - potwierdził mężczyzna.
    - Naprawdę? - ucieszył się chłopiec.
    - Rzeczywiście tylko ci się tak wydaje.

***

    W szkole prowadzonej przez mistrza gier Grao-tsy Łinkomande'a był zwyczaj, że po śniadaniu wszyscy akolici rozchodzili się do cel, gdzie odbywali ascezę polegającą na graniu. Tego dnia jeden z uczniów, Dżoj-sti Bald, zwlekał z odejściem od stołu.
    - Co cię trapi, mój chłopcze? - spytał nauczyciel.
    - Czy mogę ci zadać pytanie, mistrzu?
    - Po to jestem.
    - A więc... - młodzieniec niespokojnie się poruszył - co sądzisz o... internecie?
    - Dziwne pytania zadajesz, drogi Dżoj-sti.
    - Mimo to, chciałbym wiedzieć.
    Łinkomande pokręcił głową.
    - Moje dziecko, ile lat spędziłeś w tej szkole?
    - Dwa. - odpowiedział młodzieniec.
    - Zatem powinieneś już znać zasadę lustra.
    - Znam ją, mistrzu.
    - Na czym ona polega?
    - Polega na tym - chłopiec nauczony odpowiadać pełnymi zdaniami, starał się zrobić na mężczyźnie jak najlepsze wrażenie - że pewne byty są tym i tylko tym, co w nich znajdujemy.
    - Pięknie. Masz jeszcze jakieś pytania?
    Stary człowiek wstał od stołu i nie czekając na odpowiedź wyszedł.

***

    - Rolplej wydaje się długi i nudny dopóki nie spędzi się przy nim non stop kilku godzin. To paradoks odkryty przez mojego ucznia, Dżoj-sti Balda. - chwalił się Grao-tsy Łinkomande.
    - Ładne. - potwierdził Kompucjusz Diuknuk - A wiesz, na co ostatnio wpadł mój uczeń, Mish-kha Conq?
    - No?
    - Że im dłużej gra w gry strategiczne czasu rzeczywistego, tym częściej się łapie na tym, że ma ochotę naprowadzić na mnie kursor i kliknąć...

***

    - W tej grze - tłumaczył cierpliwie Grao-tsy Łinkomande - pilotujesz jeden z myśliwców Rebeliantów...
    - O, tak, mistrzu? - pytał niecierpliwie świeżo przyjęty do szkoły akolita She-cho Tomb. Kierowany przez niego X-wing z impetem uderzył w zbocze.
    - Niezupełnie. Kiedy pociągasz dżojstik ku sobie, nos prowadzonej maszyny...
    - Do tego strzelać?
    - Nie! Ten statek musisz osłaniać, na tym polega twoja misja, strzelaj do tych kroczących. A więc, kiedy pociągasz dżojstik, lecisz do góry, a kiedy popychasz, spadasz w dół.
    - Naprawdę? A, to dlatego...
    - Ciągle się rozbijasz. Zawróć. Zawróć, tam nic nie ma, zaraz skończy się plansza. Osłaniaj statek.
    - Acha. Ale fajnie...
    Mężczyzna przyglądał się, jak młodzik wychyla się na krześle w lewo i w prawo, podczas gdy jego X-wing leniwie słucha poruszeń drążka sterowniczego.
    - Już wiem! Już wiem, o co chodzi! - wykrzyknął She-cho Tomb i zatoczył gigantyczne koło nie rozbijając statku.
    "Będę musiał poprosić o pomoc Dżoj-sti Balda", pomyślał stary człowiek, "Nie mam już cierpliwości do tych początkujących."
    Za oknem zaśpiewał ptak. Po niebie leniwie płynęły chmury. Kolejny X-wing rozbił się w sytuacji tyleż komicznej co absurdalnej.
    Grao-tsy wziął głęboki oddech i położył ręce na oparciu krzesła.
    "Wszechmocny Buddo", pomyślał, "Ile przed nim jeszcze nauki..."

***

    - Ja gram po to, żeby wygrać - stwierdził Mish-kha Conq, miłośnik gier strategicznych.
    - A ja po to, żeby grać - odpowiedział Dżoj-sti Bald, preferujący rolpleje.
    - Po co grać, jeśli nie ma się na celu wygranej? - zdziwił się pierwszy.
    - Po co wygrywać, jeśli nie dostrzega się samej gry? - odpowiedział drugi.
    Kroniki szkoły prowadzonej przez Kompucjusza Diuknuka i tej zarządzanej przez Grao-tsy Łinkomada wspominają, że ich uczniowie nigdy nie doszli do porozumienia.

***

    Kolejny przedstawiciel rasy Stroggów padł w konwulsjach. Ostatnim wysiłkiem woli podniósł rękę, żeby oddać strzał w kierunku napastnika, lecz błyskawiczna seria zamieniła go w poszatkowane szczątki. Kompucjusz Diuknuk zaklął cicho i począł posuwać się naprzód.
    - Nie sądzisz mistrzu - odezwał się siedzący obok Mish-kha Conq - że w Quake'u jest za dużo przemocy?
    Kompucjusz zatrzymał kierowaną przez siebie postać.
    - Co masz na myśli? - spytał.
    - No... Ta krew, przedśmiertne drgawki, krzyk umierających...
    Diuknuk uśmiechnął się.
    - Jaka śmierć? Jaka krew? - zapytał.
    Nagle skrzywił się, wykonał gwałtowny zamach i z całej siły pacnął się w bok szyi.
    - Właśnie - odezwał się ochryple - popełniłem tysiąckroć większą zbrodnię niż zabawa w Quake'a.
    Mish-kha Conq zamarł.
    - Zabiłem prawdziwą żywą istotę. - w oczach Kompucjusza pojawiły się łzy.
    Mistrz wyciągnął otwartą dłoń w stronę ucznia. Tkwiło w niej zmiażdżone ciałko komara.
    Pierwsze krople deszczu zabębniły w szybę.

***

    - Mistrzu - zwrócił się do nauczyciela Dżoj-sti Bald - jak zróżnicowałbyś gry komputerowe i telewizję?
    - Gdy oglądasz telewizję - odparł Grao-tsy Łinkomande - siedzisz z założonymi rękami i z wyższością komentujesz to, co widzisz.
    - A co się dzieje, kiedy gram?
    - To komputer siedzi z założonymi rękami...

***

    Dżoj-sti Bald nie mógł sobie przypomnieć, jak się znalazł przed drzwiami gabinetu swojego nauczyciela. "Skoro już tu jestem", pomyślał, "To wstąpię. Pewnie coś od niego chciałem, tylko zapomniałem, co." Wszedł bez pukania. W twarz uderzyło go gorące powietrze i ulotny zapach spalenizny. Za oknem płonęło słońce zalewające pomieszczenie powodzią szkarłatnego światła. Grao-tsy Łinkomande siedział przed monitorem odwrócony plecami do drzwi.
    - Dzień dobry mistrzu - odezwał się młodzieniec - khm... - przełknął ślinę. W rozpalonym powietrzu trudno było oddychać.
    Stary człowiek zdawał się go nie słyszeć.
    - W co... grasz? - nic rozsądniejszego nie przyszło chłopcu do głowy.
    - W Torment - odpowiedział mu niski głos. Dżoj-sti miał wrażenie, że gardłowe wibracje spowodowały drżenie podłogi.
    - Acha - powiedział niepewnie - fajnie się gra?
    Mistrz gier odwrócił się do niego. Chłopiec krzyknął i zaczął się cofać. Twarz nauczyciela pokreślona była głębokimi bruzdami. Rysowało się na niej niewyobrażalne cierpienie.
    - Z n a k o m i c i e - wycharczał Grao-tsy. Brzmienie wypowiedzianego wyrazu było odkształcone tysiącem ech.
    Dżoj-sti zakrył uszy i kurczowo zacisnął oczy. Kiedy je otworzył leżał we własnym łóżku zlany potem. Odrzucił z siebie kołdrę. "Sen", pomyślał, "To był tylko sen." Spojrzał w stronę okna. Było zamknięte. "Tak to jest, gdy się zapomni wywietrzyć celi przed nocą". Otworzył oba skrzydła. Wciągnął w płuca rześkie powietrze. Spojrzał w blade oblicze księżyca i zadrżał. Wykrzywione było niewyobrażalnym cierpieniem.

***

    - Nigdy nie czytam instrukcji - zwierzał się Kompucjusz Diuknuk - sięgam po nią dopiero wtedy, gdy czegoś nie rozumiem.
    - Ja postępuję dokładnie odwrotnie - wyznał Grao-tsy Łinkomande - bywa, że upływa kilka dni, zanim znajdę odpowiednią chwilę, by otworzyć pudełko i zagłębić się w lekturze książeczek. Ponadto nigdy nie zaczynam grać, jeśli nie mam pewności, że będę miał zagwarantowany spokój i ciszę na co najmniej kilka godzin.
    - Ja znowu - wtrącił Diuknuk - gram szybko i w każdej wolnej chwili, nawet jeśli mam tylko piętnaście minut. Włączam komputer i choć na moment zagłębiam się w wirtualnej rzeczywistości!
    - A ty, Dżoj-sti Baldzie? - spytał Grao-tsy swojego ucznia.
    - Postępuję i tak i tak.
    Mistrzowie unieśli brwi
    - A żeby być zupełnie szczerym - ciągnął - to zawsze chcę postępować jak Grao-tsy, lecz przeważnie wychodzi mi to, co opisuje Kompucjusz.
    - Ach tak... - zastanowił się Łinkomande.
    - Wybaczcie, czcigodni mistrzowie zuchwałość - podjął młodzieniec - ale sądzę, że z wami jest podobnie. Myślę, że ty, wielebny Grao-tsy tylko chciałbyś, żeby było tak, jak mówisz, zaś ty, szanowny Kompucjuszu, skrycie marzysz o podobnym trybie, lecz masz odwagę się przyznać, że ci się nie udaje. Niestety popełniasz inny błąd, bo udajesz, że stan obecny ci odpowiada.
    Mężczyźni pochylili zawstydzone głowy.

***

    - Z czego się tak cieszysz, Dżoj-sti Baldzie? - zagaił Grao-tsy Łinkomande widząc rozradowanego ucznia.
    - Kupiłem najnowszą kartę graficzną, mistrzu! Teraz mój komputer będzie śmigał że hej!
    - To wspaniale - mistrz uśmiechnął się - lecz powiedz mi Dżoj-sti, bo bardzo jestem ciekawy, czy twój poprzedni akcelerator nie był dostatecznie dobry?
    - Ten jest lepszy! - odparł entuzjastycznie młodzieniec.
    - W to nie wątpię, przypomnij mi jednak, ukochany chłopcze, czy chipset, który nabyłeś pół roku temu nie był najlepszy w momencie kiedy go kupowałeś?
    - Był!
    - A. Już myślałem, że mi pamięć szwankuje.
    - Masz wciąż znakomitą pamięć - podlizał się Dżoj-sti.
    - Jak to więc jest z tym byciem najlepszym - zastanawiał się mężczyzna. - Najpierw coś jest najlepsze, a potem już nie?
    - W tej dziedzinie to naturalne - obruszył się młodzik.
    - Zatem twoja poprzednia karta jest najlepsza czy nie?
    - Była najlepsza, a teraz już nie.
    - Lecz samo urządzenie jest wciąż to samo?
    - To samo.
    - No cóż, mój piękny Dżoj-sti Baldzie - westchnął Grao-tsy - ciesz się póki czas, bo lada dzień twoja najlepsza karta przestanie być tym, czym jest, mimo że jej fizyczność nie ulegnie zmianie.
    Uczeń odszedł skonfundowany.
    Stary człowiek pokręcił głową.
    - Co za czasy... - mruknął do siebie - Pojęcie "najlepszy" stało się czasowe, przechodnie, nic nie warte. I pomyśleć, że w starożytnej Grecji rządy sprawowali Aristoi, czyli najlepsi...
    Zamyślił się spoglądając w dalekie niebo.
    - Z drugiej strony, czy byli najlepsi w sposób niezmienny, statyczny, czy dlatego, że się rozwijali?

***

    Ostatnio zrobiłem rzecz dziwną - zwierzał się Kompucjusz Diuknuk - zapuściłem Dooma, tego starego Dooma... i po chwili, którą zajęło mi przyzwyczajenie się do grafiki... bawiłem się setnie!
    - Rzeczywiście dziwne - przyznał Grao-tsy Łinkomande - ta gra ma ze sto lat! I wygląda okropnie.
    - Z drugiej strony - zastanowił się Kompucjusz - ile lat mają warcaby, szachy czy go? I czy zachwycają swoją urodą?

***

    Już zmierzchało, kiedy akolita Dżoj-sti Bald postanowił odwiedzić swojego mistrza. Zastał go siedzącego przed monitorem i ściskającego w spoconej ręce dżojstik.
    - W co się bawisz, mistrzu? - spytał delikatnie.
    - W... - Grao-tsy Łinkomande przełknął ślinę - w... - nerwowo szarpnął dżojstikiem - poczekaj...
    Uczeń zdziwił się. Jeszcze nigdy nie widział nauczyciela w stanie tak znacznego rozdarcia intelektualno-emocjonalnego.
    - Gram w... - podjął mężczyzna - Aaach!
    Dżoj-sti podskoczył.
    - Co się stało? Mistrzu!
    Stary człowiek ciężko dyszał.
    - Grałem we Freelancera. Właśnie mnie zabili.
    - Co masz na myśli, mistrzu?
    - Straciłem życie.
    - W jakim sensie? - dopytywał się Dżoj-sti.
    - Noo... Więc... - Łinkomande zamilkł - nie żyję! - dokończył bezradnie.
    - Przecież widzę cię, mistrzu, oddychasz i mówisz. Ty żyjesz!
    - Tak - przyznał Grao-tsy wgrywając ostatni sejw. - Lecz przed chwilą, na moment, niewyobrażalnie krótki - zawiesił głos - zginąłem walcząc w epickiej kosmicznej bitwie.
    Wzrok Grao-tsy zaszedł mgłą rozmarzenia.
    - Podzieliłem los herosów...

***

    Pewnego razu spotkało się dwóch mistrzów gry: Grao-tsy Łinkomande i Kompucjusz Diuknuk.
    - Nie ma człowieka - zagaił Kompucjusz - którego nie urzekłaby atmosfera i dynamika gier FPP. Te dźwięki, ten nastrój, te korytarze, Doom 3 rulez!
    Grao-tsy spojrzał sceptycznie.
    - A wiesz - spytał beztrosko - z której gry pochodzi cytat trade, fight, build, think?
    Kompucjusz zamyślił się.
    - Z Age of Empiers III? - zgadywał.
    - Z serii "X". Pamiętasz pierwszą? "X - Beyond the Frontier".
    Obaj na chwilę zamilkli.
    - Ty i ja jesteśmy graczami - odezwał się Kompucjusz.
    Grao-tsy skinął głową.
    - Lecz lubimy różne gry - kontynuował miłośnik gier FPP.
    - Czy zatem - podjął Łinkomande - zajmujemy się tą samą rozrywką?
    - Czy może zupełnie inną? - dokończył Diuknuk.
    Motyle muskały skrzydłami taflę jeziora.

***

    - W co grasz, mistrzu? - spytał akolita Dżoj-sti Bald.
    - W Dawn of War - odpowiedział zza zaciśniętych zębów Grao-tsy Łinkomande.
    - Czy to nowa gra o ludzikach biegających po zielonej trawce?
    - Ależ Dżoj-sti! - mistrz włączył pauzę i groźnie spojrzał na młodzieńca - to najgenialniejszy istniejący RTS! Real Time Strategy Game w świecie Warhammer czterdzieści tysięcy! W trójwymiarze! Spójrz na te ani...
    - Acha, czyli nowa gra o ludzikach biegających po zielonej trawce - przerwał uczeń i odszedł.
    Grao-tsy Łinkomande doznał olśnienia.

***

    Zdarzyło się, że mistrz Grao-tsy Łinkomande przeczytał w starej księdze koan: Jeśli Bóg jest wszechmocny, to czy może stworzyć kamień tak ciężki, że nie będzie w stanie go udźwignąć?
    - Ha! - wykrzyknął - wymyśliłem nowy koan: Jeśli Bill Gates jest wszechmocny, to czy jest w stanie stworzyć system operacyjny, którego nie będzie w stanie opanować? Ha, ha! - śmiał się ukontentowany.
    - Ależ mistrzu - odezwał się dyskretnie jego ukochany uczeń Dżoj-sti Bald - Bill Gates już stworzył taki system. Ba, żeby to jeden...
    Światło zachodzącego za górami słońca padło na czoło mężczyzny. Czerwone promienie odnalazły pośród bruzd nową zmarszczkę troski.

***

    - Diablo jest grą dla debili - stwierdził pewnego dnia mistrz Grao-tsy Łinkomande. - Nic tylko chodzisz i sieczesz.
    - Skończyłem ją dwa razy - podjął po chwili milczenia - jestem więc debilem do kwadratu.
    Uczniowie pochylili zatroskane głowy.

***

Grafika: Marcin Przybyłek, Dragon Warrior, Michał Sienkiewicz.
Wykorzystano także grafiki Tomasza Piorunowskiego, Marcina Trojanowskiego i Tomasza Marońskiego.
Webmasterzy: Lafcadio, wiesniak
Strona po polsku   English version unavailable